M.W  Dołączył: 20.08.2008
Wspomnienia o Robercie Doisneau Cytuj

https://www.robert-doisneau.com/en/portfolios/

Robert Doisneau jest jednym z najbardziej uwielbianych i cenionych fotografów we Francji. Kilkanaście lat po jego śmierci, nadal bardzo liczna
publiczność zachwyca się jego zdjęciami, przede wszystkim tymi z końca lat 40. i z lat 50. Doisneau pokazuje na nich Paryż, który Francuzi ciągle kochają, mimo że już nie istnieje. Cenią go także za jego proste, niepretensjonalne fotografie, w których wyczuwa się umiłowanie i tkliwość do przeciętnego człowieka, a także za jego poczucie humoru oraz dar obserwacji. W sytuacjach gdzie „nic się nie dzieje", potrafił zauważyć
to. co jest subtelne. Oglądając jego zdjęcia odnosi się wrażenie cofnięcia się za pomocą „wehikułu czasu", który umożliwia spacer obok Doisneau. A on nam pokazuje, gdzie warto chodzić i na co zwrócić uwagę. Dzięki niemu przeżywamy piękne chwile przeszłości, które od tego momentu stają się nasze. Doisneau należał do nurtu fotografii humanistycznej zainspirowanego przez Eugena Atgeta i Andre Kertesza. Ten kierunek fotografii ujrzał światło w Paryżu. Pozornie należy do kategorii reportażu. Niektóre zdjęcia humanistyczne powstały faktycznie jako część reportażu zamówionego przez czasopisma lub z inicjatywy agencji fotograficznych. Przykład stanowią pewne prace Wernera Bischofa, W Eugena Smitha i Eve Arnold. Lecz fotografia humanistyczna powstaje przede wszystkim podczas „bezcelowego włóczenia" się po ulicach, zakątkach, parkach, wsiach, kiedy fotograf kieruje obiektyw na człowieka i jego życie codzienne, nieraz wchodząc do domu lub miejsca pracy -starając się respektować jego godność. Trafna
definicja fotografii humanistycznej to poetycka fotografia człowieka w życiu codziennym, wykonana z poczuciem „lekkości bytu". Z pokolenia Doisneau,
najbardziej znanymi fotografami tego samego nurtu są paryżanie Henri Cartier-Bresson, Edouard Boubat, Izis oraz Willy Ronis. Doisneau przyszedł na świat 14 kwietnia 1912 roku. tego samego dnia kiedy „Titanic" uderzył w górę lodową. Urodził się w Gentilly. przedmieściu na południowej granicy Paryża. Pochodził z rodziny rzemieślników oraz drobnego mieszczaństwa. Dzieciństwa nie miał łatwego. Matka umarła na gruźlicę, kiedy miał siedem lat. Był chorowitym dzieckiem. Ojciec ponownie ożenił się dwa lata później. Macocha wychowała go poprawnie, ale bez miłości. Jako dorosły
człowiek, Doisneau wspominał z bólem, że porownyał się do owieczki, która nieudolnie próbowała ssać matkę. Dla niej Robert miał inny zapach niż jej
prawdziwe dzieci. W szkole słabo się uczył. Ojciec postanowi! wysłać go do Ecole Estiennc w Paryżu, gdzie przez cztery lata kształcił się w zawodzie rytownika-litografa. Po uzyskaniu dyplomu, miał żal, że te mało użyteczne, zmumifikowane studia zaprowadziły go w ślepą uliczkę.
Nowe techniki offsetowe już zaczęły wypierać litografię. Nie miał więc dużej przyszłości w wyuczonym zawodzie. Zbuntował się przeciwko rodzicom oraz nauczycielom. Uważał wszystkich za mieszczuchów nudnych jak deszcz, a ich litanię dobrych podstaw-książeczkę oszczędnościową, odpowiednią fryzurę, składanie hołdu fladze narodowej, bycie dobrym synem, dobrym ojcem, dobrym obywatelem i zakończenie życia z medalem pracy -za karykaturę życia. Bardziej interesowali go zwykli ludzie, jak na przykład sprzedawca kasztanów na Place d'Italie. niż wszyscy cesarze rzymscy, których musiał drukować na rycinach. Postanowił pokazać poprzez fotografię własne obserwacje świata, do którego go ciągnęło.
Fotografia była uważana przez jego nauczycieli oraz otoczenie za bezwartościowe zajęcie. Taka postawa umacniała go w buncie. Szukał inspiracji w poezji, literaturze, muzyce. Sam zaczął się uczyć fotografii z podręczników. Zdobył drewniany wielkoformatowy aparat i pierwsze kroki stawiał fotografując różne martwe natury w domu: tkaniny, muszle, pióra, porcelanę. Później ruszył nieśmiało na przedmieścia Paryża, aby dalej
robić zdjęcia przedmiotów: lamp, bruku, krat na ziemi wokół drzew, przykryw ściekowych, płyt metalowych. Nie miał jeszcze odwagi robić zdjęć ludziom. Pierwszą pracę dostał w Atelier Ulman jego zadaniem było projektowanie liter i robienie zdjęć na opakowania leków. W 1930 roku został zatrudniony jako asystent przez fotografa i rzeźbiarza Andre Vigneau, u którego zetknął się z fotografią Brassaia. Zdecydował się fotografować ludzi na ulicy, w rozmaitych sytuacjach. Dowiedział się, że na stawie obok Porte de Saint-Ouen kręcą film o piratach. Poszedł tam postawił swój drewniany aparat na statywie koło grupy statystów, przykrył głowę czarną płachtą. Oglądając ich na matówce do góry nogami, zdał sobie sprawę, że wszyscy zamarli patrząc wprost na niego. Naglez grupy wyszedł jeden z nich. Paulo, który podszedł do drobnego i chudego fotografa. Takiej awantury
i wulgarnych słów, jakie padły z ust Paula. Doisneau jeszcze w życiu nie słyszał. Był zmuszony oddalić się, a już z takiej odległości nie warto było robić zdjęć. Jak na debiut, nie mógł powiedzieć, że odniósł sukces... Mimo że rzeczywistość była bardziej szorstka niż sobie wyobrażał, nie załamał się. Uświadomił sobie potrzebę nauczenia się odpowiedniej postawy wobec rzeczywistości oraz właściwego podejścia do ludzi, aby ich swobodnie fotografować. Doisneau udał się na pchli targ, gdzie w ciągu trzech lub czterech niedziel z powodzeniem fotografował ludzi. Jak sam mówił: czarna płachta na moim aparacie gładko powiewała niemal w każdym miejscu. Zdjęcia, które tam powstały, były wydane na całej ostatniej stronie
czasopisma „Excelsior". Doisneau miał niezwykłe, oryginalne skojarzenia, nieraz bardzo dowcipne. Opowiadał, że w tym okresie Zorro przyszedł mu z pomocą. Przyniósł mu średniej wielkości aparat dwuobiektywowy Rollei z przedmieść Brunszwiku. Dzięki temu Doisneau mógł porzucić swoją czarną płachtę. Doisneau wykorzystywał każdą niedzielę oraz dni w których mógł się zwolnić z pracy w studio Vigneau. aby się włóczyć ze swoim Rolleiem po przedmieściach Paryża. Dużo fotografował, lecz nikogo te zdjęcia nie interesowały. W pewnym momencie miał poważne wątpliwości. Zadał sobie pytanie, czy nie pływa w urojeniu? Zebrał całą swoją odwagę. Wybrał się na konsultacje do wielkiej damy fotografii, cieszącej się autorytetem i życzliwością. Przypominał sobie kiedy to wkroczył do jej mieszkania „chrupiącego zielonymi roślinami, wyrzeźbionymi biustami, ciężkimi
pasmanteriami, które tworzyły atmosferę równocześnie przesadną i bardzo przytulną. Z nerwów, niechcący usiadł na otwartej książce. Po chwili niepewności ułożył swoje odbitki 18 x 24 na eleganckiej aksamitnej kanapie. Wyglądały na niej niczym bezczelne ubóstwo. Wówczas, tak jak się zapala kadzidełka aby wypędzić nieprzyjemny zapach, wielka dama pospieszyła, aby mu pokazać, jak powinno się fotografować. Zostawiła go samego. Wykorzystał tę chwilę, aby zebrać swoje zdjęcia. Wkrótce wróciła ze swoimi wielkimi odbitkami. Był pod wrażeniem pięknej oprawy oraz
autorytatywnego podpisu przy każdej odbitce. Nawet nie zapamiętał, jakie tematy piktorialne były na nich przedstawione. Grzecznie pożegnał się z wielką damą i wyszedł. Ta wizyta przyniosła mu ogromną ulgę i podtrzymała go na duchu. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, był pewien, że jest na dobrej drodze. W1934 roku. po służbie wojskowej, Doisneau stracił pracę u Vigneau. Na szczęście, otworzyły mu się drzwi fabryki samochodów Renault w Billancourt. na zachodnim przedmieściu Paryża, gdzie został zaangażowany jako fotograf przemysłowy. Musiał się zgłaszać do pracy o szóstej rano razem z robotnikami- Tu ..pomoc Zorro'" była nieprzydatna. Wymagano od niego, aby zdjęcia były wykonane wielkim aparatem 18 x 24. Znów musiał się posługiwać czarną płachtą. Razem z obiektywami, kasetami, statywem oraz innymi akcesoriami, drobny fotograf nosił bagaż
ważący około 20 kg. Wykonywał pracę ilustracyjną i reklamową bardzo fachowo, dzięki technice oświetleniowej, której nauczył się u Vigneau oraz swojej intuicji w kompozycji. Wykorzystywał każdy wolny czas, aby włóczyć się ze swoim Rollei'em i robić zdjęcia dla siebie. W tym okresie powstały piękne fotografie z dziećmi jak: Dzwonek. 1934, Samolot taty. 1934. Bracia. 1937. Po jakimś czasie Po jakimś czasie Doisneau czuł się w Renault jak
zając w potrzasku. Postanowił spóźniać się oraz od czasu do czasu w ogolę nie przychodzić do pracy, aż w końcu go wyrzucili. Cieszył się ze swojej wolności, nawet jeśli towarzyszyła mu bieda. Charles Rado. założyciel agencji fotograficznej Rapho (skrót od Rado Photographie), poznał się na
nim i zaproponował mu. aby zrealizował reportaż ze spływu kanoe rzeką Haute Dordogne. Niestety, praca została przerwana przez wybuch drugiej wojny światowej. Wysłano go na front jako żołnierza piechoty. Po krótkim czasie znalazł się w szpitalu wojskowym z chorobą płuc. Po zwolnieniu ze służby wojskowej, skontaktował się z ruchem oporu. Wreszcie umiejętności, które posiadł w Ecole Estienne, przydały mu się w życiu. Tak dobrze drukował fałszywe papiery ola Francuzów z partyzantki i podziemia, że naziści nie odróżniali ich od prawdziwych dokumentów. W ten sposób uratował życie dużej liczbie osób, w tym także wielu walczącym komunistom. W sierpniu 1944 roku, Doisneau fotografował wyzwolenie Paryża, tak jak i Cartier-Bresson. Robert Capa i George Rodger. W przeciwieństwie do znanych zdjęć World Press Photo, nigdy nie pokazał okrucieństwa, przemocy, porachunków, zbliżeń rannych zwłok. Skupił się raczej na walce na barykadach, na sytuacjach humorystycznych w groźnych chwilach, na radości z odzyskanego pokoju. Po wojnie. Doisneau spełnił nie tylko swoje marzenia, ale także te. które ma każdy młody fotograf. Udawało mu się utrzymywać rodzinę (żonę i dwie córki) z fotografii, robiąc równocześnie zdjęcia tylko dla siebie i nie tracąc swojej duszy dla fotografii zarobkowej. Był przyzwyczajony do skromnego życia, bez żadnych przesadnych ambicji materialnych. Miał szczęście: urodził się ani za wcześnie, ani za późno. Był przykładem człowieka u którego przeznaczenie, według swojego talentu, było skrzyżowaniem między płaszczyznami historii i biografii
.Większość swoich najlepszych zdjęć zrobił w Paryżu oraz na przedmieściach stolicy pod koniec lat 40. i w latach 50. Zdążył jeszcze zrobić kilka wspaniałych zdjęć w latach 60. i 70.. zanim znikł urok ulicznego życia paryskiego, na który był tak wrażliwy. W 1946 roku Doisneau poznał Raymonda Grosset. nowego właściciela i dyrektora agencji fotograficznej Rapho, który zaproponował mu współpracę. Wrócił więc do Rapho i był z nią związany do końca życia. Pracy nigdy mu nie zabrakło. Wykonywał reportaże dla różnych gazet i czasopism: ..Le Point", ..Regards". ..LHumanite". ..Vie Ouvriere", „Life"'... W 1949 roku podpisał umowę z „Vogue" jako fotograf mody. Wtedy zdjęcia mody były klasyczne w swojej estetyce, nieagresywne i elegancko oświetlone, a modelki źle traktowały fotografów. Zrezygnował z tej pracy trzy lata później. Dla Doisneau najważniejsza była praca osobistata, której nikt nie zamawiał. Kiedy zapytał Raymonda Grosset. co myśli na temat zrealizowania albumu o przedmieściach Paryża, ten odpowiedział mu: ,.Po
co. kto to kupi?" Doisneau był uparty i kontynuował swój projekt. Odczuwał nieodpartą potrzebę dzielenia się z innymi radością, która jemu weszła przed oczy. Przypadkowo na południu Francji spotkał znanego poetę, pisarza i wielkiego podróżnika Blaise'a Cendrarsa. Łączyła ich wspólna fascynacja
przedmieściami Paryża. Z ich przyjaźni powstał pierwszy album fotograficzny Doisneau: La Banlieue de Paris (Przedmieścia Paryża), wydany w 1949 roku. Tekst oczywiście napisał Cendrars. Byl to początek współpracy Doisneau z pisarzami, między innymi: Robertem Giraud, ElsąTriolet. Max-Polem Fouchet... Wydano w sumie około czterdziestu albumów i książek z jego fotografiami.


http://www.photoeye.com/B...m?catalog=ZE327

Poznałem Roberta Doisneau w 1980 roku. kiedy zostałem członkiem agencji Rapho i osiedliłem się razem z żoną w Paryżu. Fotografowie spotykali się
od czasu do czasu w biurach Rapho na tradycyjną herbatę między 16 a 17. Nieraz można było zobaczyć razem trzech muszkieterów francuskiej fotografii humanistycznej: Boubat, Doisneau i Ronisa. Doisneau był często uśmiechnięty, bezpośredni w kontakcie z ludźmi, niepretensjonalny, dowcipny. Śmiał się ze mnie, że zwracałem się do niego per Monsieur Doisneau, zamiast od razu przejść na ty. Był bardzo gadatliwy. Uwielbiał opowiadać anegdoty. Rozmawialiśmy na bardzo różne tematy. Jego poglądy polityczne były lewicowe. Wolał przebywać z prostymi ludźmi albo z pisarzami lub artystami. Wśród bogatej burżuazji czuł się nieswojo. Raz otrzymał propozycję od milionera, aby mu towarzyszyć przez
miesiąc na jachcie i fotografować go w otoczeniu przyjaciół i przyjaciółek. Milioner zaproponował mu bardzo dużo pieniędzy. Doisneau z przyjemnością
odmówił. Opowiadał mi również, że cały czas francuskie czasopisma komunistyczne dawały mu pracę: reportaże, ilustracje artykułów. Był to wyraz wdzięczności za jego niezapomnianą pomoc w drukowaniu fałszywych dokumentów w czasie wojny, które uratowały życie wielu komunistom. Zapytałem go, czy należał do partii komunistycznej. Odpowiedział: Zaraz po wojnie zapisałem się. Ale po kilku miesiącach oddałem legitymację na zawsze. Nie nadaję się do polityki. Numer telefonu Doisneau nie był wtedy zastrzeżony. Każdy mógł do niego zadzwonić. Wynikały z tego nieraz dziwne sytuacje. Na przykład, młody człowiek zadzwonił do niego, budząc go w środku nocy. Pomyślał, że ponieważ Doisneau przyjaźnił się z Ja-
cques Prevertem, autorem scenariuszy słynnych filmów reżyserowanych przez Marcela Carne, to musiał się znać na nocnym życiu Paryża. Zapytał go. czy poleciłby mu niedrogi hotel w Paryżu, w którym mógłby spędzić noc z piękną dziewczyną. Doisneau opowiadał również o młodych fotografujących
dziewczętach, które umawiały się z nim na konsultacje. Nigdy by mu nie przyszło do głowy, że może zapanować moda na martwe koty, ale kiedy już trzecia dziewczyna pokazała mu zdjęcia nieżywych kotów, zdecydował się zmienić i zastrzec numer telefonu. W kwietniu 1982 roku zapytałem Doisneau, czy mogę go sportretować w jego mieszkaniu. Zgodził się. Spotkaliśmy się rano, na rue d'Alger, w naszej agencji w Paryżu, by pojechać do Montrouge. Wojna między Wielką Brytanią i Argentyną, z powodu Wysp Falklandzkich, wisiała w powietrzu. Doisneau był nadmiernie optymistyczny. Uważał, że nie dojdzie do wojny (wybuchła tydzień później!). Cieszył się jak dziecko z nowo nabytego małego, japońskiego samochodu Narzekał na skromny bagażnik, w którym ledwo się mieścił sprzęt fotograficzny (oświetlenie, statywy...). Tym razem do pustego bagażnika naładował
i z trudnością zmieścił kilka skrzynek czerwonego wina (białe mu szkodziło), które bardzo chwalił. Prowadząc samochód, patrzył na wszystkie strony. W drodze do Montrouge zauważył dziesięcioletnią dziewczynkę na skrzyżowaniu. Czekała na zielone światło. Był zauroczony jej spojrzeniem. Żałował, że tego dnia nie miał przy sobie aparatu. W tym wieku mając już 70 lat bardziej zwracał uwagę na wnętrze ludzi, których chciał sfotografować, niż na
prawie nieistniejące sytuacje anegdotyczne na ulicach. Mieszkał w starej solidnej kamienicy. Salon prawie nie miał mebli. Znajdowały się tam archiwa jego negatywów i szerokie metalowe szuflady z odbitkami. Pokazał mi, jak można szybko przerobić ten salon na studio fotograficzne. Jak magik, kilkoma ruchami odwinął tła i z boku wyciągnął lampy na statywach. Następnie przeszliśmy do ciemni: przerobiony pokój córki (obydwie córki założyły rodziny i już z nim nie mieszkały). Stał tam potężny powiększalnik 4 x 5 cali. Kuwety były otoczone skomplikowanym systemem wentylacyjnym. Sam wykonywał wszystkie odbitki, często z asystentem, pomimo słabych płuc. Zaszedłem z nim na chwilę do sypialni, aby się przywitać z jego
żoną. Pierrette. Cierpiała na chorobę Parkinsona. Widać było jak bardzo ją kochał. Już w salonie Doisneu powiedział mi, że nie ma serca opuszczać żony na dłużej niż kilka dni. Z tego powodu poważnie ograniczy! podróże. Na przykład, nie był zadowolony ze swoich zdjęć w albumie La Loire. który wyszedł cztery lata wcześniej, wymagałyby spędzenia o wiele więcej czasu poza domem. Zmieniając temat, wyciągnął z małej
szafy cenną relikwię -swój przedwojenny Rolleiflex. Trzymał go z nabożeństwem. Od wielu już lat nie posługiwał się nim. Przeszedł na lustrzankę Nikona. Zacząłem się rozglądać, w którym miejscu zrobić mu portret. Wybrałem duże zdjęcie wiszące na ścianie, fotomontaż budynku z wnętrzami mieszkań, jako tło. Sam odsłonił firankę przy oknie i wyciągną! drugie zdjęcie na sztywnym kartonie. Trzymał je jedną ręką, aby na
nim oprzeć drugie ramię. Zrobiłem mu kilka zdjęć. Rozmawialiśmy o tym, jak ważny jest odpowiedni nastrój fotografa. Zgodziliśmy się, że nigdy nie robimy osobistych zdjęć, jeżeli nie mamy dobrego, pozytywnego samopoczucia. Te pół dnia, które spędziłem z Doisneau, było dla mnie wielkim przeżyciem. W następnych latach Doisneau zrobił się bardzo sławny: często był zapraszany do telewizji na różne talk shows", kręcono o nim filmy dokumentalne, zorganizowano wielką retrospektywę jego zdjęć w (Mordzie, dostał narodowy „Grand Prix" fotografii, brał udział w kolokwium na temat Atgeta w College de France, wydano 19 jego albumów i różnych książek z jego zdjęciami, zaproszono przez rządową agencję DATAR, aby fotografował „nowe miejskie krajobrazy", powstało też w Gentilly muzeum „Dom Roberta Doisneau". Jednak kiedy był starszy, nie wszystko wyglądało tak różowo. Doisneau zawsze określał siebie nie jako myśliwego polującego na zdjęcia, lecz wędkarza, który musi się zanurzyć w temat. Motywów, na które był wrażliwy, było coraz mniej. Narzekał, że nic się nie dzieje na ulicach, że architektura użytkowa, nowa brzydota, nie odpowiada mu jako tło. Nie był zadowolony ani ze swoich zdjęć w albumie o przedmieściu Saint Denis (zrobionych na sprzęcie podarowanym mu przez firmę Leica), ani z bezludnych pocztówek współczesności (jak sam je określił) dla DATAR.


https://youtu.be/t0Bayh_w0EU

W roku 1988, pewna para małżeńska podała Doisneau do sądu. Twierdzili, że pozowali do jego słynnego zdjęcia Le baiser de 1'Hótel de Ville, 1950 (Pocałunek przed Ratuszem) i że nie podpisali zgody na rozpowszechnienie fotografii. Ponieważ to zdjęcie było wydrukowane w dużym nakładzie -
na pocztówkach, plakatach, kalendarzach, kartach z życzeniami żądali od Doisneau bardzo wysokiego odszkodowania finansowego. Sąd wydał wyrok na korzyść fotografa. Stwierdził, że wizerunek pary nie był rozpoznawalny na fotografii. Nie przyznał im żadnego odszkodowania. Pomimo że Doisneau wygrał proces,bwyszło na jaw, że to zdjęcie, jak również niektóre inne jego uliczne fotografie nie były „znalezione", ale wręcz
reżyserowane. Doisneau stracił wtedy swoją wiarygodność. Nie z powodu inscenizacji niektórych zdjęć, lecz przez milczenie o takich sytuacjach. Później przyznał, że widział całującą się parę (nie tę, która go podała do sądu), ale nie zdążył zrobić im zdjęcia. Podszedł do nich i poprosił, aby wrócili do tego miejsca i powtórzyli pocałunek. Przy niektórych innych zdjęciach, jak Les ąualre saisons le printemps, 1950 (Cztery pory roku wiosna), zaangażował parę całujących się aktorów za sprzedawcą owoców. Z upływem czasu okazało się, że Doisneau nie miał powodu do zmartwienia. Walory jego fotografii i jego samego jako człowieka były tak wysokie, że ten niemiły epizod przeszedł na nieważny, daleki plan.
Pośród fotografów humanistycznych Doisneau miał najbardziej bezpośrednie podejście do prostych ludzi, których fotografował. Lubił ich słabości i wady. Łatwo się z nimi dogadywał. Zaczynał rozmawiać o pogodzie, a powoli przechodził na ważniejsze dla nich tematy. Często zdarzało się, że po pewnym czasie wytwarzała się między nimi braterska atmosfera. Podejście Cartier-Bressona i Boubat do ludzi było bardziej zdystansowane. Natomiast ich wszystkich łączył intuicyjny, antyintelektualny sposób fotografowania. W rozmowach między sobą, zamiast powiedzieć, że
pewne zdjęcie jest słabe, określali je jako intelektualne. Doisneau przypominał o walce, którą fotograf musi cały czas toczyć przeciwko
zanieczyszczeniu intelektualnemu w czasie fotografowania. Fotografia powinna być aktem magii dokonanym przez intuicyjne medium, czyli przez zwierzę z bardzo wyostrzonymi instynktami. Wtedy inne, bardziej sugestywne obrazy zaczynają się nakładać na ten, który jest
pozornie widoczny. Oczywiście, fotograf nie jest odpowiedzialny za te sugestie. Doisneau zmarł w 1994 roku. Odszedł dyskretnie
na Prima Aprilis. Jego córki, Annette i Francine, wkrótce zorganizowały w Paryżu wystawę jego najlepszych fotografii. Same wybrały czterdzieści z
około czterystu tysięcy zdjęć, które Doisneau zrobił w swoim życiu. Wybór był niesłychanie trafny. Rzadko doznaje się tak głębokich i ciepłych przeżyć na jakiejkolwiek wystawie fotograficznej. Szkoda, że Polska publiczność nie miała jeszcze okazji poznać dorobku tego świetnego fotografa.
Wybór zdjęć do pierwszej w Polsce monograficznej wystawy Roberta Doisneau pod tytułem Paryż2, był nieporozumieniem. Składał się z bardzo nietypowych fotografii: ciekawostek dokumentalnych oraz z całej serii zdjęć tatuaży na ciele jednej postaci. Prezentowane zdjęcia były wypożyczone ze zbiorów francuskiego FNAC3. Wybrał je francuski kurator, bez porozumienia z Polską stroną. Inaczej powinna wyglądać
wystawa dla publiczności, która po raz pierwszy ogląda fotografie Doisneau - bardziej zbliżona do wyboru dokonanego przez córki fotografa.
Zawsze istnieje nadzieja, że w przyszłości znajdą się fundusze, które pozwolą sprowadzić lepsze kolekcje ważnych fotografii. Może przyjdzie wtedy czas, aby docenić tego znakomitego francuskiego fotografa i przenieść się do nostalgicznego Paryża ubiegłego wieku.
format.Pismo Artysrtyczne 46
 

Kytutr  Dołączył: 20.02.2007
Cytuj
Przeczytałem, obejrzałem zdjęcia, i wychodzi na to, że znalazłem świetną pożywkę do narzekań na dzisiejszy świat w kontekście fotografii. No ale nie ma co narzekać na zastany świat, tylko na swoje lenistwo, w tym umysłowe :-)
Cytat
Udawało mu się utrzymywać rodzinę (żonę i dwie córki) z fotografii, robiąc równocześnie zdjęcia tylko dla siebie i nie tracąc swojej duszy dla fotografii zarobkowej. Był przyzwyczajony do skromnego życia, bez żadnych przesadnych ambicji materialnych.
Pierwsze, co przyszło mi na myśl, w kontekście przeniesienia jego sytuacji do dzisiejszych czasów, to fotografia weselna. Ciekaw jestem, czy ktoś dzisiaj utrzymuje się wyłącznie z niej, i to bez pójścia na kompromis: niezależność artysty kontra wymagania rynku.
Cytat
Większość swoich najlepszych zdjęć zrobił w Paryżu oraz na przedmieściach stolicy pod koniec lat 40. i w latach 50. Zdążył jeszcze zrobić kilka wspaniałych zdjęć w latach 60. i 70.. zanim znikł urok ulicznego życia paryskiego, na który był tak wrażliwy.
Wydaje mi się, że urok ulicznego życia paryskiego był częścią "starych dobrych czasów" oraz stosunków społecznych, które zmieniły się po wydarzeniach francuskiego maja 1968.
Cytat
Doisneau zawsze określał siebie nie jako myśliwego polującego na zdjęcia, lecz wędkarza, który musi się zanurzyć w temat. Motywów, na które był wrażliwy, było coraz mniej. Narzekał, że nic się nie dzieje na ulicach, że architektura użytkowa, nowa brzydota, nie odpowiada mu jako tło.
Czasy się nieustannie zmieniają i tzw. "prawdziwe życie" jest co chwila w innym miejscu. W latach 90. XX wieku i w latach dwutysięcznych w Warszawie na ulicach i miejscówkach tętniła życiem kultura skaterów, a teraz trzeba ją odtwarzać (patrz: "Chcę jeszcze raz pojeździć na deskorolce z moją starą, legendarną ekipą"). Na stówę gdzieś w tej chwili jest ciekawie i urokliwie, trzeba tylko chcieć i poszukiwać.
Cytat
Pomimo że Doisneau wygrał proces,bwyszło na jaw, że to zdjęcie, jak również niektóre inne jego uliczne fotografie nie były „znalezione", ale wręcz reżyserowane. Doisneau stracił wtedy swoją wiarygodność. Nie z powodu inscenizacji niektórych zdjęć, lecz przez milczenie o takich sytuacjach.
A to rzeczywiście nieładnie z jego strony. Mógł zaznaczać, że chodzi o zdjęcia pozowane. Bez tego ich wartość dokumentacyjna i historyczna jest obniżona.

Dzięki za prezentację znakomitego autora, M.W.
 

deepee  Dołączył: 28.06.2011
Cytuj
Kytutr napisał/a:
A to rzeczywiście nieładnie z jego strony.
Ciekawa byłaby reakcja jemu współczesnych na zdjęcia ustawiane naśladujące zdjęcia spontaniczne, jeśli Doisneau od początku by je deklarował jako takie.
Częściowo byłyby to pewnie głosy w stylu: "Dziwak, brak mu instynktu/refleksu, musi organizować sobie scenki na ulicy." ;-)

BTW: Przypomniał mi się Jeff Wall, który wykorzystywał konwencję fotografii niepozowanej do fotografii aranżowanej (M.W oczywiście pisał o nim kiedyś na forum :-) ):
Mimic
Sudden Gust of Wind

Wyświetl posty z ostatnich:
Skocz do:
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach