M.W  Dołączył: 20.08.2008
[fotografowie] Eva Rubinstein Cytuj
Cytat


Urodziła się w 1933 roku w Argentynie.

Jest córką słynnego pianisty, Artura Rubinsteina i jego żony, Anieli Młynarskiej Rubinstein. Rodzice przez lata mieszkali w Łodzi, jednak rodzący się faszyzm oraz kariera ojca (koncertował w najlepszych salach na świecie - m.in. w Carnegie Hall w Nowym Jorku) powodują, że rodzina Rubinsteinów podróżuje nieustannie po świecie. Eva przychodzi na świat w Argentynie, jednak pierwsze lata życia spędza w Paryżu.
W czasie II wojny światowej państwo Rubinstein osiadają w USA (w 1946 otrzymują amerykańskie obywatelstwo). Eva zaczyna uczyć się w szkole baletowej - i tańcem właśnie zajmuje się przez wiele lat. Kilka razy nawet wystąpiła w niedużych rólkach w filmie (m.in. w "The Cross of Lorraine" z 1943 roku), grała też na Broadway'u; aktorem był też jej brat, John.
Eva w 1956 roku wyszła za mąż, za obrońcę praw człowieka i pacyfistę, Reverenda Williama Sloane'a Coffina Jr. Jeździła z nim po kraju, organizując pacyfistyczne demonstracje. Jednak w 1968 roku rozwiodła się (ma z tego małżeństwa troje dzieci) i od tego właśnie roku datuje się jej miłość do fotografii.
Eva uczyła sie fotografii najpierw od znanego w Nowym Jorku twórcy, Seana Kernana, później rozpoczęła studia w New York Institute. Brała też udział w warsztatach, prowadzonych m.in. przez Diane Arbus.
Wszystko zaczęło się od zleceń komercyjnych - początkowo artystka traktowała robienie zdjęć jako sposób zarabiania pieniędzy. Jednak z czasem okazało się, że poprzez fotografie może pokazywać też uczucia, swoje emocje, coś bardziej ulotnego.
Od tej pory zajęła się fotografią określaną mianem "osobistej" - bo rzeczywiście uderzające jest to, jak bardzo osobiste się wydają te prace, mimo że w żaden sposób nie dotykają autentycznego życia artystki.



We wstępie do wydanego w 2003 roku albumu "Eva Rubinstein: fotografie 1967-1990" (Wydawnictwo Kropka, Września 2004) Bogdan Konopka tak pisał o tych zdjęciach:
„Te fotografie, niczym miniaturowe japońskie haiku, milczą o sprawach zasadniczych, są zwierzeniem z nieoczywistości, w której rozpacz niekoniecznie spowita jest mrokiem, a świetlistość może wyrażać gorycz ludzkiego, jednostkowego losu. Bo Eva wypowiada się jedynie w swoim własnym imieniu, choć mówi o sprawach uniwersalnych: ponad, poza, a może nawet przedczasowych. (...) W fotografiach Evy Rubinstein znaleźć można wszystko to, co stanowi o życiu, śmierci i miłości."

Spokój i harmonia z jednej, pustka z drugiej strony - to określenia, które najczęściej padają w stosunku do zdjęć Rubinstein. Pokazują "zwykłe" miejsca - fragment wnętrza z lustrem czy krzesłem; łóżko, na którym została jeszcze pościel; okno, drzwi. A jednak każda z tych prac od razu uderza widza jakimś tajemniczym, wewnętrznym napięciem, melancholią albo nastrojem romantycznym, łagodnym, pełnym spokoju. Rozproszone światło, miękki rysunek konturów, łagodne szarości, bez kontrastowych napięć - niezależnie od tego, jak banalny przedmiot jest sfotografowany, artystka zawiera w nim całą swoją wrażliwość.
Podobnie rzecz się ma z drugą fotograficzną dziedziną, która chętnie uprawia - aktem.



Fotografka ma na swoim koncie blisko 100 wystaw indywidualnych i ponad 90 zbiorowych; dziś jej zdjęcia znajdują się w kolekcjach takich instytucji jak New York Metropolitan Museum of Art, International Center for Photography, Library of Congress, Bibliotheque Nationale w Paryżu, Israel Museum, Hermitage Foundation Museum.

Zdjęcia Evy pochodzą z wielu zakątków świata - z USA i krajów Europy, wiele z nich powstało też w Polsce, którą artystka wielokrotnie odwiedzała. Fortepian Szopena w Żelazowej Woli sfotografowany przez córkę jednego z najwybitniejszych interpretatorów muzyki tego kompozytora - to dzieło prawie symboliczne; w 1998 roku wydany został album także wiele dla artystki znaczący - "Łódź - chwilowe spotkania" - jej "zdjęciowa" opowieść o rodzinnym mieście rodziców.

Podobno Eva Rubinstein jest bardzo małomówną osobą - jej zdjęcia są więc takie same jak ona: pozornie nic nie pokazują, a jednak zawarte jest w każdym z nich więcej, niż w setkach zdjęć innych autorów. Autor: Anna Cymer



Rz: Czy fotografia pozwoliła pani odnaleźć własną tożsamość?

Eva Rubinstein: Długo jej szukałam, bowiem żyłam w cieniu silnych osobowości. Szczególnie ojca, który nieustannie wymagał dla siebie publiczności. Nawet w domu, nie tylko na koncertach. Mama zresztą także była osobą z charakterem. Trudno mi było wtedy nieraz rozpoznać, co sama myślę i czuję. Podobnie było w moim małżeństwie z Williamem Sloane Coffinem, pastorem Uniwersytetu Yale. On też był człowiekiem o dominującej osobowości. Gdy po 12 latach naszego małżeństwa, po rozwodzie, zajęłam się w 1967 r. fotografią, poczułam, że odzyskałam własny głos.

Zdobyła pani wolność?

Więcej, zrozumienie siebie i możliwość decydowania o sobie. Wcześniej, nawet jako tancerka i aktorka na Broadwayu, musiałam wykonywać polecenia innych. W fotografii to jest dla mnie fantastyczne, że podejmuję decyzje i całkowicie jestem za nie odpowiedzialna.

Ojciec szybko zaakceptował pani niezależną drogę i sukcesy artystyczne?

Gdy miałam 11 lat, pogodził się, że nie będę pianistką, chociaż nie mógł zrozumieć, że nie mam wrodzonego talentu do muzyki. Z moich osiągnięć w fotografii był dumny. Nawet, jeśli nie bardzo się orientował, co dokładnie robię, bo jak zawsze był nieobecny – pochłonięty muzyką i koncertami. Fotografowałam zresztą ojca i mamę. I udało mi się zrobić trochę dobrych zdjęć. Mama wprawdzie nigdy nie lubiła pozować. Za to ojciec nawet kiedyś poprosił mnie, abym zrobiła mu serię fotografii dla fanów.

Łatwiej fotografować obcą czy bliską osobę?

Nieznaną. Z robieniem zdjęć jest wówczas jak z pierwszą rozmową. Pojawia się wzajemna ciekawość i tworzymy coś wspólnie. Nie lubię fotografii, na których widać tylko fotografa, a portretowany nie ma nic do powiedzenia.

Pani praca jest bliższa teatrowi czy muzyce?

Fotografik jak muzyk komunikuje się bez tłumacza i swobodnie interpretuje tematy. W fotografii każdy widzi to samo, ale nie widzi tak samo. W muzyce jest podobnie.

Nigdy nie reżyseruje pani fotografii?

Póki robiłam zdjęcia, zawsze nosiłam ze sobą aparat, by być gotową do uchwycenia momentu, w którym coś się pojawi, co warto zarejestrować. Nawet nie próbowałam komponować martwej natury. Czekałam na przypadek i fotografowałam, kiedy coś mnie poruszało. Z zasady nie robiłam zdjęć bez zgody czy z ukrycia. Zupełnie tego nie akceptuję.


Eva Rubinstein, Orfelinat (Siostra Stefania reperująca lalkę), Sabbioneta, Włochy, 1973

Gdzie sfotografowała pani zakonnicę przyszywającą rękę lalce?

To było w sierocińcu dla dziewczynek we Włoszech. Zakonnice starały się robić wszystko to, co matki. Było w tym coś bardzo wzruszającego. Na tę scenę też trafiłam niespodziewanie. I dopiero na odbitce odkryłam, że tam jeszcze leżą z boku buciki układające się w krzyż, dodające kadrowi głębszego wymiaru.


„Dziewczyna, Dworzec Waterloo, Londyn”, 1969 r. - Eva Rubinstein

A dziewczynę patrzącą z pociągu?

W Londynie. Miała tak niezwykłą twarz i spojrzenie, że musiałam zrobić to zdjęcie. Zaraz potem pociąg odjechał.


fot. Eva Rubinstein

Nie czuła pani, że przekracza dozwolone granice, gdy fotografowała starą umierającą kobietę w szpitalu?

Ona nie miała już świadomości. Brała mnie za swoją córkę. I wkrótce umarła. Ale przed publikacją pytałam rodzinę o pozwolenie. Zgodzili się.

Najbardziej poruszają pani zdjęcia na pozór bez człowieka. Mówiące jednak dużo o ludziach, miłości, czasie...

Wszystkie moje fotografie są autoportretami, bo pokazują to, co widziałam, co czułam i wybrałam. Dzięki nim dowiedziałam się wielu rzeczy o sobie. Dobrych i złych.

Mimo że w fotografowaniu szuka pani dystansu do swych przeżyć, w życiu nie unika bezpośredniego zaangażowania w społeczne i polityczne sprawy.

Trudno, bym się nie angażowała. Mój mąż był obrońcą praw człowieka, blisko związanym z Martinem Lutherem Kingiem. Jeździłam razem z nim po Stanach na demonstracje w obronie czarnoskórych mieszkańców USA. Na demonstracji w parku w Baltimoore w latach 60., gdzie wstęp mieli tylko biali – 4 lipca, w Dzień Niepodległości – o mało nie dostałam cegłą w głowę, a potem trafiłam do aresztu. Po raz drugi znalazłam się w areszcie w 1973 – za protest w Kongresie przeciw wojnie w Wietnamie.

Dlaczego prawie nie ma u pani fotoreportaży?

Dwukrotnie i takie serie zdjęć zrobiłam. W Izraelu. I w Irlandii w 1972 roku w czasie walk w Belfaście, w których zginęło kilkanaście osób.

Są jeszcze inne miejsca, które mają dla pani szczególne znaczenie?

Kocham Paryż, gdzie spędziłam dzieciństwo, chociaż tu robiłam mało zdjęć, bo to zbyt piękne miasto. Pejzaże Łodzi, które odkryłam po raz pierwszy w 1984 roku, są znacznie bliższe klimatom moich fotografii. Rozmawiała: Monika Kuc



Dlaczego nie została Pani muzykiem, tak jak Pani ojciec?

Nie miałam talentu do gry na fortepianie, to było bardzo smutne dla mojego ojca. Nie mógł zrozumieć, że jego dziecko nie ma wrodzonego talentu w tym kierunku. Muzykę zawsze ubóstwiałam, tylko nie umiałam jej wykonywać. Miałam za to talent do tańca, byłam baletnicą, a później aktorką w jednym z nowojorskich teatrów. Kiedy wyszłam za mąż i zajęłam się wychowaniem dzieci, zaczęłam pomagać fotografowi teatralnemu przy obróbce zdjęć z przedstawień. Wtedy to po raz pierwszy znalazłam się w ciemni fotograficznej i zobaczyłam, jak powstaje fotografia. Wywołało to moje wielkie zdziwienie, można powiedzieć szok. Uświadomiłam sobie, że przez fotografię mogę wyrazić wszystko co widzę, myślę, czuję, nie korzystając z pomocy reżysera, choreografa, sceny, świateł, scenariusza, kostiumów, tłumacza, po prostu bez słów, zresztą bardzo podobnie jak przez muzykę. Fotografię można robić i pokazywać wszędzie, a klisza fotograficzna jest bardzo podobna do partytury. Dzisiaj kopiuje się ją tak, a po dziesięciu latach odmiennie, bo myśli się i widzi inaczej. Za każdym razem można z niej wydobyć inne obrazy, inaczej zinterpretować.

Tak, ale żeby umieć tak wykorzystywać fotografię trzeba być bardzo wrażliwym, mieć dużą wiedzę o sztuce..

W czasie częstych podróży z ojcem pierwszymi miejscami, które zwiedzaliśmy w nowych miastach były muzea, teatry, nie tak jak to teraz bywa – restauracje. Ojciec i matka szalenie cenili sztukę, zbierali obrazy, książki, różne dzieła sztuki. Przez wiele lat patrzyłam na najlepsze obrazy, byłam chyba w każdym muzeum w Europie. Nauczyłam się tam, chociaż sama o tym nie wiedziałam, o światłach, kompozycji i wielu innych sprawach, których nie musiałam się już uczyć, kiedy zajęłam się fotografią. Tkwiło to gdzieś we mnie. Nie byłam wtedy młoda, miałam 34 lata. Przeżyłam kawał życia, miałam różnego rodzaju doświadczenia i chyba coś do powiedzenia. Wszystko to razem spowodowało, że miałam solidne podstawy do wypowiadania się nowym językiem, jakim była dla mnie fotografia.

Eva Rubinstein. Fotografie z lat 1967-1982


Zdjęcie Diane Arbus z 1971 roku zrobione przez Evę Rubinstein w czasie kursu fotografii, który Diane prowadziła w Westbeth.

AUTOPORTRET

„Każda fotografia jest rodzajem autoportretu. Uświadomiłam to sobie, kiedy zaczęłam prowadzić warsztaty ze studentami. Nagle zobaczyłam na zdjęciach charaktery fotografów, ich aurę, temperamenty. Potem zaczęłam tę samą zasadę, zależność, dostrzegać na własnych zdjęciach. Nie da się szczelnie schować za swoją sztuką. Twórczość oznacza ujawnienie siebie, rodzaj publicznej demaskacji”.

„Intymność. Skupienie spojrzenia na wnętrzach domów, na pustych pokojach, klatkach schodowych, uchylonych drzwiach, wyniosłam z dzieciństwa, z tęsk-noty za rodzicami, którzy często wyjeżdżali. Wchodziłam wtedy do ich sypialni, wdychałam zapach perfum unoszący się z sukien matki. Krzesło, na którym ojciec zwykle siedział podczas pierwszego śniadania, miało woń jego cygara. Nieobecność jest poruszająca, uruchamia zmysły i wyobraźnię. Fotografując puste wnętrza zawsze miałam poczucie wibracji nieobecnych mieszkańców”.

„Fotografia okazała się dla mnie idealnym medium,idealnym środkiem wyrazu. Mogłam wyrazić swoje myśli, widzenie. Moje wcześniejsze działania, jak balet teatr, nawet gotowanie, były efemeryczne, jednorazowe – ginęły bez śladu. Fotografia była trwała, namacalna, rzeczywiste. 1 cierpliwa. Bywało, że po niektóre odbitki sięgałam dopiero po wielu latach, dziesięciu, nawet dwudziestu, od czasu ich zrobienia. Wtedy ich nie rozumiałam, nie czułam, a nagle konkretne zdjęcie do mnie przemawiało, tak jakby trafiło w odpowiedni czas, w moje emocje i styl innych prac. Fotografie są jak sny na jawie – mocno w nas osadzone, metaforyczne”

„Moje nauczycielki fotografii Lisette Model i Diane Arbus działały w przekonaniu, że „artysta może sobie pozwolić absolutnie na wszystko”. Ich nauka podziałała na mnie zupełnie na odwrót, bo zawsze czułam, że są granice, których przekraczać, nie należy, nie wolno”.

„Przestałam fotografować około 1995 roku. Fotografia cyfrowa była dla mnie tym, czym powojenna muzyka współczesna była dla mojego ojca. Nie mój język. Kochałam długie godziny w ciemni – samotność i skupienie, czas pracy nad jednym negatywem, dochodzenie do momentu, kiedy zdjęcie mówi mi A tu fotografia diametralnie się zmieniła – nawet papiery do robienia odbitek były inne. Nie mogłam znaleźć materiałów, które by mi odpowiadały. Aparat fotograficzny został niemal zastąpiony przez komputer i to mnie odsunęło od fotografii. Przede wszystkim jednak zmiana zaszła we mnie, w moim postrzeganiu świata. Nagle utraciłam dotychczasowy sposób widzenia ludzi i rzeczy, które wcześniej na mnie mocno działały, poruszały mnie, sprawiały, ze chciałam je fotografować. Ta potrzeba zniknęła.”

„Ten nowy sposób wyrażania siebie dał mi ogromna radość, Po raz pierwszy w życiu robiłam coś absolutnie mojego – bez reżysera, choreografa, kostiumu, nawet bez języka! Jak w muzyce – każdy muzyk gra tę samą partyturę po swojemu. Rzeczywistość jest jedna, ale każdy widzi i przeżywa ją na swój indywidualny sposób. Fotograf wybiera te, a nie inne detale emocje, przekonania, sposób widzenia. Jestem przekonana, że zdjęcie mówi więcej o autorze niż o samym sfotografowanym motywie. Czuję, że każda fotografia to ułamek autoportretu fotografa.” Ewa Rubinstein

Wyświetl posty z ostatnich:
Skocz do:
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach