M.W  Dołączył: 20.08.2008
[fotografowie] Martin Kollar Cytuj
Cytat

http://www.martinkollar.com/

Martin Kollar urodził się w Żylinie, w ówczesnej Czechosłowacji (obecnie Słowacja) w 1971 roku. Studiował w Wyższej Szkole Sztuk Scenicznych w Bratysławie i od momentu ukończenia studiów pracował jako fotograf i filmowiec freelancer.

Słowacki fotograf Martin Kollar zainteresował się pojęciem tymczasowości – konfrontował się z nim tak często, aż stało się elementem jego sposobu postrzegania świata i dało zupełnie nowe spojrzenie na otoczenie. To właśnie dzięki niemu, odkrywa detale w codziennych, zwyczajnych obrazach i w ten sposób pokazuje ich wyjątkowość. Wszystko jedno, czy chodzi o krajobraz, który widział, podróżując po Europie przez kilka miesięcy, czy o odkrycie na nowo fotografii wykonanych bez konkretnego powodu kilka lat wcześniej – ten wyjątkowy sposób postrzegania świata rozwinął się u Martina niemalże organicznie, a jednocześnie stał się znakiem jego osobistego planu podróży.

Dorastając w Czechosłowacji w epoce komunizmu, Martin Kollar był zafascynowany relacją pomiędzy dwoma aspektami społeczeństwa: niezmiennością i ulotnością, która pojawia się, by kompensować wzloty i upadki społeczne. W ten sposób Kollar przedstawia tło pokolenia, którego jest głosem. To pokolenie, odrzuciło stare dogmaty, a obecnie rządzi nim przemijalność i konieczność dostosowywania się do ciągłych zmian, a nie potrzeba bycia integralną częścią danego okresu i miejsca. Ten świat, gdzie wrażenie trwałości nie istnieje, ukazany został w poetyckiej, fotograficznej podróży, która przedstawia dezintegrację trwałości i przejście w kierunku tymczasowości oraz prowizoryczności. To poemat o drobiazgach, hołd dla człowieka i jego umiejętności radzenia sobie ze zmianą i adaptowania się do sytuacji z podziwu godną wytrwałością. Kuratorka: Lydia Dorner

Na swoich zdjęciach z cyklu "Nothing Special" pokazuje zaskakujące, czasem bardzo dziwne sceny, o których wiemy jedynie, że zostały sfotografowane po roku 2000 w krajach Europy Środkowo-Wschodniej - przedstawiają tragikomiczną rzeczywistość, którą dobrze znamy również z Polski. Jego najnowsza publikacja, Field Trip , nagrodzona niedawno Leica Oskar Barnack Award, to wyprawa do współczesnego Izraela - widzimy tu zagadkową architekturę, tajemnicze laboratoria, instytucje wojskowe, barykady - wszystko pozbawione komentarza. Taka skrytość jest dla niego typowa. Na zdjęciach Kollara niewyjaśnione, niepokojące, a czasem absurdalne i komiczne rzeczy przedstawione są jak najzwyklejsze sceny z codzienności. Zaintrygowana postanowiłam go o to zapytać.

Twoje zdjęcia z cyklu "Nothing Special " są wciąż bardzo popularne w Polsce, choć od ich powstania minęło już kilka lat. Jak z perspektywy czasu oceniasz ten projekt dzisiaj?

Cały cykl powstał w latach 2000-2004, kiedy podróżowałem po krajach dawnego Bloku Wschodniego. Byłem zainteresowany tym, jak dziesięć lat po rozpadzie systemu komunistycznego kraje - satelity ZSRR, zwłaszcza dawna Czechosłowacja, radziły sobie z przeszłością. Śledziłem nowe zjawiska, stereotypy, zderzenia starego z nowym. Na początku chciałem skupić się na "kulturze weekendowej", ponieważ to było nowe zjawisko - ludzie uczyli się od nowa zagospodarowywać wolny czas. Pracowałem na Słowacji, w Polsce, Rumunii, Estonii, Czechach, Bułgarii, na Węgrzech. Ominąłem jedynie Bałkany, bo stwierdziłem, że tamte kraje muszą radzić sobie z innymi problemami.

Jak trafiałeś na te wszystkie dziwne sceny? Po prostu szedłeś sobie przez jakąś miejscowość, a tu nagle - powiedzmy - pies na dachu?

Niekoniecznie - oczywiście czasami po prostu wpadało się na jakąś niezwykłą sytuację, ale nigdy nie zamierzałem uprawiać zwykłej fotografii ulicznej. Najczęściej coś, co na moim zdjęciu wygląda na przypadkowe znalezisko, jest rezultatem długich badań, choć w czasie, kiedy pracowałem nad tym projektem, nie było to łatwe - dostęp do Internetu był o wiele gorszy niż teraz. Starałem się przełożyć moje różne wrażenia z tych miejsc na pojedynczy obraz.

Wiele osób zwraca uwagę na specyficzne poczucie humoru, które widać w "Nothing Special", ale też w Twoich innych zdjęciach. W Polsce absurdalny humor był przed rokiem 1989 sposobem na radzenie sobie z życiem w kraju, który nie do końca działa prawidłowo, a później, już w nowym ustroju, raczej śmiechem przez łzy - "jesteśmy wolni, ale co teraz?". Czy z perspektywy słowackiego fotografa wyglądało to podobnie?

Przez cały czas, kiedy obserwowałem sytuacje, w których zderzały się dwa systemy, napotykałem różne komiczne zjawiska, ale zależało mi, żeby unikać prostego, łopatologicznego humoru. Moim zamiarem było raczej zaproszenie widza do przyjrzenia się tym obrazom i zastanowienia się, co może kryć się za tym, co widzą, wciągnięcia ich w tę historię. Wychowaliśmy się na filmowych tragikomediach (na Słowacji - przyp. red), więc taki sposób myślenia jest nam bliski.

Kiedy patrzę na te zdjęcia, nie myślę o tym, że widzę przeszłość - a jednak mają już dziesięć lat. Wydaje mi się, że ten okres w historii nie jest wystarczająco dobrze udokumentowany - tak jakby wszyscy czekali na to, że może niedługo się poprawi i będzie ciekawiej.

W Czechach i na Słowacji w latach 90. nie wydawano zbyt wielu książek fotograficznych. Ta dziedzina była bardzo zaniedbywana - tak jakbyśmy wszyscy tkwili we mgle, nie widzieli tego, co się dzieje wokół nas i nie umieli znaleźć właściwej drogi. Po roku 2000 ta mgła zaczęła się rozrzedzać i zrobiło się ciekawiej. Wydaje mi się, że łatwo jest przeładować zdjęcie szczegółami - wtedy pozostaje uwięzione w czasie, w którym powstało, traci swoją aktualność. Ale jeśli fotografujemy chłodnym okiem, w przemyślany sposób, mamy większą szansę na to, że zrobimy zdjęcie, które przetrwa, które przykuje uwagę widza.

Kiedy później zobaczyłam Twoje zdjęcia z Izraela (nagradzany album Field Trip), pomyślałam, że właściwie wyglądają trochę jak ciąg dalszy Nothing Special - tak, jakbyś fotografował w jakimś świecie równoległym, w którym dzieją się dziwne rzeczy.

Te miejsca są w jakiś sposób podobne - staram się ustawiać w pozycji "obserwatora z dystansu". Kiedy fotografuję, myślę jednocześnie o tym, co jest w kadrze i o tym, co jest poza nim - obie te rzeczy są dla mnie ważne.

Wiele z Twoich prac powstało w miejscach, do których trudno się dostać obserwatorowi z zewnątrz: na kuchenne zaplecze rosyjskiej armii, do eksperymentalnych laboratoriów w Izraelu, do Parlamentu Europejskiego… W jaki sposób udawało Ci się tam wejść z aparatem?

Każdy przypadek jest trochę inny. Zdarza się, że muszę po prostu polegać na kimś, kto ma swoje sposoby, żeby się gdzieś dostać. Kiedy pracowałem w Izraelu, przez rok współpracowałem z asystentką, która korzystała ze swoich kontaktów na miejscu.

Te zdjęcia (z Field Trip) wyglądają, jakby były zrobione w terenie kompletnie zamkniętym dla widza z zewnątrz. Laik - taki jak ja - nie ma pojęcia, czemu to wszystko ma służyć. Czy wyjaśniono Ci, o co chodziło?

Tak, ale nie było łatwo. Do wielu stref w ogóle nie udało mi się wejść. Uzupełniałem sobie ten obraz własną wyobraźnią. Podobnie jak w moich zdjęciach z Europy Wschodniej, starałem się połączyć to, co widziałem na miejscu z moją dotychczasową wiedzą. Fotografowałem i życie codzienne, i sceny z ukrytych, trudno dostępnych lokalizacji - zależało mi na tym, żeby trudno było odróżnić, które zdjęcie skąd pochodzi, bo myślę, że te światy są ze sobą połączone.

Nie ujawniasz widzowi zbyt wiele - nie dostajemy żadnego komentarza, odpowiedzi na to, do czego służą te wszystkie urządzenia, co to za budynki i konstrukcje, czemu służą te eksperymenty i tak dalej...

Chodzi o opowieść. W przypadku Field Trip, od samego początku myślałem o zrobieniu książki, dlatego starałem się o zdjęcia, które będą lepiej funkcjonować w kontekście całej opowieści, niż jako pojedyncze kadry. Dawniej skupiałem się na pojedynczym ujęciu, na efekcie "wow". Tutaj zależało mi na tym, żeby utrzymać pewien rytm, żeby fotografie korespondowały ze sobą. Nie chciałem niczego udowadniać, chciałem po prostu spróbować, jak mi wyjdzie praca nad formatem książkowym, jakie emocje uda mi się przekazać.

W Twoich cyklach fotograficznych często mamy do czynienia z jakąś poważną, oficjalną instytucją, w której wyłapujesz absurdalne sytuacje, tak, jakbyś trochę podważał majestat miejsca - w Parlamencie Europejskim ktoś się nudzi, czekając, ktoś sobie spaceruje z kolorową walizką, prezenterzy telewizyjni na planie wyglądają jak wyjęci z innej bajki... Lubisz zaglądać za kulisy?

Niektóre miejsca, strefy zamknięte, znamy tylko z zewnątrz. To, co dzieje się w środku, jest dla nas niedostępne - ale jeśli uda nam się tam dostać i spędzić nieco czasu, wszystko staje się normalne, zaczynamy rozumieć wewnętrzną logikę tych miejsc i czujemy się zupełnie swobodnie.

Ja ukazałem właśnie ludzi, którzy są po prostu zajęci swoimi codziennymi sprawami i zachowują się całkiem naturalnie. Ale ponieważ ten kuluarowy świat nie jest dostępny szerokiej publiczności, a oficjalne zachowania jego uczestników są zupełnie inne, jako widzowie jesteśmy zaskoczeni.

Jak Twoje doświadczenie w filmie wpływa na sposób, w jaki fotografujesz?

Na pewno nie da się uniknąć takich wpływów. Zacząłem od filmu, uczyłem się pracy z obrazem na sprzęcie filmowym, i dopiero później przestawiłem się na aparat fotograficzny... Na pewno był jakiś wpływ, to chyba oczywiste (śmiech).

Czy dalej zdarza Ci się pracować przy filmach?

Tak, nadal pracuję przy dokumentach i filmach fabularnych. Czasami zajmuję się też reżyserią, robię eksperymentalne dokumenty - skupiam się w nich na obrazie, nie na historii ani dialogach.

W takim razie - nad czym teraz zamierzasz pracować? Nad filmem, czy czymś fotograficznym?

Jednym i drugim (śmiech). Ale myślę, że opowiadanie o swoich zamiarach nie jest dobrym pomysłem. Nie wiem, jak działają inni, ale ja zawsze po pewnym czasie zaczynam rozumieć plusy i minusy swojej dotychczasowej pracy, zauważam, co mi się nie udało, nad czym mógłbym jeszcze popracować. Naprawiam stare błędy i staram się nie pakować jeszcze raz w te same kłopoty, ale za to wpadam w całkiem nowe. Kiedy pracuję, zazwyczaj nie mam jakiejś sztywnej strategii, jasno ustalonych celów. Po prostu, zaczynam pracować i patrzę, w którą stronę to idzie. Czasami zamykam oczy i wyobrażam sobie gotową książkę. Ale jak to osiągnąć - tego nigdy nie wiem (śmiech).

Na koniec chciałam Cię jeszcze zapytać, czy można "wytrenować sobie oko", żeby zauważać wokół siebie takie paradoksalne, dziwne, zaskakujące rzeczy, jak na Twoich zdjęciach?

Właściwie nie wiem, jak odpowiedzieć na Twoje pytanie, bo nie uważam, żeby moje zdjęcia przedstawiały coś paradoksalnego. Kiedy już wejdzie się do jakiegoś świata, nawet najdziwniejszego, wszystko w nim szybko staje się dla nas zwyczajne. Nie jest trudno znaleźć takie miejsca, może trudniej jest się tam dostać, ale same zdjęcia to już najmniejszy problem.

Dziękuję za rozmowę.
Olga Drenda

Wyświetl posty z ostatnich:
Skocz do:
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach