Rafi  Dołączył: 25.03.2007
Cytuj
Apas - po dwakroć dzięki :-) Właśnie, właśnie - zbyt sztywno chciałem się tej "reguły" trzymać (ale problem naprawdę dopiero wczoraj w trakcie pisania się pojawił i mnie zaskoczył).
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
zorzyk napisał/a:
W podręczniku gramatyki dla szkoły podstawowej opisywana była tzw. poprawna wymowa na przykładzie wymowy nazwisk "Kwiatkowski" i "Wiśniewski". Jako poprawną wymowę podano [kwiatkoski] oraz [wiśnieski], co było dla mnie niemałym wstrząsem :evilsmile:
Poprawna wymowa to kfjatkofski z mniej lub bardziej zredukowaną jotą. Bardzo rzadko wymawia się synchronicznie samo miękkie f' bez joty.

zorzyk napisał/a:
Zresztą bezdźwięczna wymowa glosek dźwięcznych drażni mnie szczególnie wtedy, gdy dziennikarze (sportowi) silą się na angielską wymowę "premier league", co wychodzi im mniej więcej jak [premier lik] :evil: będąc w oczywisty sposób przykładem niepoprawnej wymowy.
Nie wiem skąd ta pewność, że to niepoprawna wymowa. Moim zdaniem jest to jak najbardziej poprawna wymowa. Obce wyrazy przystosowuje się w języku polskim do polskich reguł ortoepii i polskich reguł fonologicznych. W języku polskim przecież nie mówimy "par.i" z tylnojęzykowym "r" i akcentem ostatnią sylabę tylko "parysz" (<Paryż). Nie wymaga się także, aby w pożyczkach wymawiać np. umlauty jak w oryginale.


Co do kwiatków typu "mówiłem to czterem kobietą" to zgoda. Znajdowałem tego rodzaju arcydzieła nawet w wiadomościach na gazeta.pl. Smutny przykład półanalfabetyzmu.
 

PiotrR  Dołączył: 03.05.2006
Cytuj
Z Paryżem to się zapędziłeś, bo tu cała nazwa jest spolszczona. Wszak Bordeaux wymawiamy z akcentem na ostatnią. Ale już raczej z przednim "r", kiedy mówimy po polsku. Tylnojęzykowe "r" w wymawianym przez Polaka i polsku zdaniu by mnie raziło. (pomijam tych z wadą wymowy)

Właśnie, czy specjaliści mówią coś w sprawie wymowy obcych nazw w zdaniach wypowiadanych po polsku? Dla mnie w takim wypadku zawsze naturalne było zachowanie akcentu i sprowadzanie głosek do ich najbliższych wariantów występujących w języku polskim. Dokładne "obce" wymawianie obcej nazwy w polskim zdaniu mnie drażni, bo mi to nie pasuje do reszty zdania, nawet jeśli jest prawidłowe. Ale to tylko moje własne odczucie. No i dotyczy tylko przypadku, kiedy mówi Polak, bo w przypadku mówiącego po polsku obcokrajowca, dla którego obca wymowa jest jednak tą naturalną, już mnie to nie razi.

Innym problemem są osoby wypowiadające wszystkie obce nazwy z wymową angielską (bo tylko taką znają, albo im się wydaje, że znają). Spotykałem się z takimi ludźmi, którzy rozmawiając ze mną po polsku (też Polacy), nazwy hiszpańskich miejscowości wymawiali z angielska. Coś strasznego.

 

technik219  Dołączył: 25.01.2009
Cytuj
PiotrR napisał/a:
Dokładne "obce" wymawianie obcej nazwy w polskim zdaniu mnie drażni,
Tak... Waszyngton brzmi jednak lepiej niż "łoszynton". Śmieszna jest niekiedy wymowa "Deichman" jako "daiszman". Ale nie o tym mówimy.
Znak czasów, czy skutek rewolucji? Jedno i drugie. Młodzież nagminnie podciąga wiele nazw i słów pod angielski. Mało kleksa nie postawiłem w fotel, jak koleżanka córki chwaląc się znajomością mitologii greckiej mówiła z ogniem w oczach o bogini "Najki", a innym razem łeb bym ukręcił temu debilowi z TV, który puszczał dziesięć razy dziennie reklamę "akła minerale". Ja jeszcze miałem łacinę i przerabiałem Owidiusza „quamquam sunt sub aqua, sub aqua maledicere temptant” i wiele innych. Jeszcze dawniej miałem radochę jak niezapomniany Tony Halik nazwę inkaskiego miasta wymiawiał jako "maczu-piczu" :evilsmile: Delikatnie wskazałbym też na winę szkoły (nauczycieli). Wielokrotnie zdarzało mi się na wywiadówkach u młodszej córki "prostować" poprawione przez nauczycielkę kartkówki. Ostatni przykład: nauczycielka poprawiła prawidłowo napisane kierunki świata na pisane z wielkich liter. Nauczycielka najpierw wytłumaczyła się, że tak było w podręczniku, a zaraz potem spąsowiała.
Myślę, że to system naczyń połączonych. kogoś źle nauczą, potem ten ktoś przekaże to dalej, któryś z tych, co na lekcji przysnął dorwie się do publikatorów i "byk" idzie w świat jako forma prawidłowa.
Cytat
na przykładzie wymowy nazwisk "Kwiatkowski" i "Wiśniewski". Jako poprawną wymowę podano [kwiatkoski] oraz [wiśnieski], co było dla mnie niemałym wstrząsem
Autor podręcznika też widać przysnął, bo znam odnośną zasadę w odniesieniu do liczebników typu "pięćdziesiąt", ale nie nazwisk (fakt: sekretarka zapisała szefowi, że pod jego nieobecność dzwoniła pani Krzanoska. Facet dwie godziny zastanawiał się czy zna jakąś "Krzanoską" aż zadzwoniła Chrzanowska).
Nie jestem purystą językowym. Uważam, że język jest materią żywą i podlegającą rozwojowi wraz z ludźmi się nim posługującymi, jednak przeraża mnie to, że językoznawcy coraz częściej dopuszczają do użycia formy do niedawna zdecydowanie uznawane za błędne. Za szybko, niech poczekają chociaż aż ci, którzy znają formy poprawne nabawią się starczej demencji. Pocieszam się tylko, że tak łatwo im nie pójdzie, bo zdążyłem przekazać właściwe geny odpowiedzialne za język.
 

PiotrR  Dołączył: 03.05.2006
Cytuj
Właśnie Waszyngton to też jest spolszczenie, więc to nie ten przypadek, o który mi chodzi. Chodzi mi o nazwy, które nie mają polskiego odpowiednika. Czy wypowiadając te obce nazwy w polskim zdaniu mamy się silić na angielskie zaokrąglone "o" czy przedłużane samogłoski lub też, w przypadku francuskiego, tylnojęzykowe "r" i prawidłowe wymawianie francuskich "e"? Czy może lepiej sprowadzić te głoski do najpodobniejszych polskich? Ja jestem za tą drugą opcją, ale nie mam żadnego "wsparcia".

Po chwilowym namyśle na poparcie swojej opcji mam to, że wariant z wymową całkowicie prawidłową jest dostępny tylko dla osób dobrze władających danym obcym językiem.
 

deepee  Dołączył: 28.06.2011
Cytuj
zorzyk napisał/a:

Z językiem polskim jest źle, m.in. za sprawą domorosłych "translatorów", spod których pióra (?) wyszły takie potworki językowe, jak "mapa drogowa" czy "dzika karta".


Bez przesady tymi potworkami :-) .
Angielskie "wild card" wygląda na częściowo idiomatyczne właśnie ze względu na obecność członu "wild" (proszę poprawić, jeśli jestem w błędzie). Polski ekwiwalent to także częściowy idiom.
Czy angielskie wyrażenie dałoby się inaczej i jednocześnie zgrabnie przetłumaczyć na język polski? Mnie nic ciekawego nie przychodzi do głowy ("wolna karta"?).

Warto też pamiętać, że wyrażenie "dzika karta" jest swego rodzaju internacjonalizmem. Wiele języków zapożyczyło z angielskiego zarówno formę jak i znaczenie (francuski, niemiecki). W innych - tak jak w j. polskim - przejęcie nastąpiło w drodze bezpośredniego/dosłownego tłumaczenia.
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
PiotrR napisał/a:
Ja jestem za tą drugą opcją, ale nie mam żadnego "wsparcia".
Oczywiste jest, że w języku polskim należy używać głosek występujących w języku polskim. Toteż zapożyczenie, czyli wyraz pochodzenia obcego włączony do języka polskiego powinien zostać przystosowany do systemu gramatycznego polszczyzny. W tym fonetycznego. Polska wymowa nie zna umlautów, nie zna drżącego czeskiego r', nie zna mlasków w funkcji fonemów, nie zna różnego rodzaju intonacji wyrazowych albo iloczasu, itp. itd. Myślę więc, że nie ma więc sensu nadawać polskiemu wyrazowi cech gramatycznych właściwych innemu językowi. Jak tak dalej pójdzie, to wyrazy zapożyczane z angielskiego nie będziemy odmieniać przez przypadki, bo w oryginalnym języku się nie odmieniają.

Moim zdaniem obcy wyraz przyswojony do polszczyzny powinien być wypowiadany zgodnie z polskim systemem gramatycznym i najbliżej wymowie oryginalnej. Ale w tej właśnie kolejności - zgodność z polszczyzną, podobieństwo do wymowy w język wyjściowym.
 

technik219  Dołączył: 25.01.2009
Cytuj
Niemcy nie mają tego problemu: jak jest napisane "Judo" to my wymawiamy "dżudo" ale Niemiec powie po prostu "judo".
Albo Czesi: we wszystkich językach jest "radio" ale Czesi mają swój "rozhlas", na "teatr" mówią "divadlo" i jadą nie do "Monachium" ale do "Mnichova".
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
technik219 napisał/a:
i jadą nie do "Monachium" ale do "Mnichova".
My też mamy Budziszyn (Bautzen), Lipsk (Leipzig), Drezno (Dresden), Kolonię (Koln), Akwizgran (Aachen).
 

technik219  Dołączył: 25.01.2009
Cytuj
Benek napisał/a:
My też mamy
Londek Zdrój ;-)
 

Gwiazdor  Dołączył: 05.03.2007
Cytuj
Chyba w jeszcze o tym nie było (ja nie znalazłem), ale strasznie mnie wkurza odmiana stosowana przez wiele osób: półtorej roku.
Czy jestem jakiś dziwny ale nie powinno być półtora roku, ale półtorej godziny?
 

technik219  Dołączył: 25.01.2009
Cytuj
Pewne błędy językowe wynikają z jakiejś takiej pretensjonalności, nie wiem - żeby sposobem wysławiania się podnieść swój status? Pamiętam, że moja sąsiadka mówiła "podobnież" zamiast "podobno", "lubieją" zamiast "lubią", Czasami wychodziła jej istna ekwilibrystyka językowa - chciała uchodzić za warszawiankę, a pół życia spędziła w chacie obok naszej. Zdarza się, że do powszechnego obiegu wchodzą wyrażenia gwarowe i regionalizmy. Jakieś słówko zasłyszane w czasie urlopu się spodoba i zostaje przeniesione w drugi koniec kraju, gdzie się rozprzestrzenia.
Jeśli chodzi o gwary regionalne, to z przykrością zauważam, że giną. Z najmłodszych lat pamiętam, że moja babka "mazurzyła". Głoski "sz", "cz", "ż" wymawiała jak "s", "c", "z". Teraz już się tego nie słyszy. W ogóle w językach regionalnych (szczególnie na Mazowszu, Kurpiach kresach południowo-wschodnich) dają się wyłapać ciekawe relikty starosłowiańskie, na wschodzie starocerkiewnosłowiańskie, na zachodzie odpowiednio germanizmy. To wszystko ginie bezpowrotnie. Określenie używane przez moją babkę, całe zwroty i składnię odnajduję często w języku Reja i Kochanowskiego. Oto jak długo trwała tradycja językowa. Teraz na gwałt się wszystko zaciera. Niedługo będziemy się porozumiewać czymś w rodzaju "pidgin english" - pidgin polish.
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
Gwary i dialekty w Polsce wymierają. Jest to w dużej mierze efekt naturalnych procesów językowych, ale nie można też zapominać o polskiej, państwowej polityce językowej, która od dawna za cel stawia sobie całkowitą homogenizację językową na obszarze Polski. Dekadami gwary i dialekty wyśmiewano i rugowano z przestrzeni komunikacyjnej. Dość długo w podobny sposób traktowano języki mniejszości narodowych - głównie białoruskiej i ukraińskiej. Tak w II RP jak i w PRL. Niechęć do oddania innym językom niż standardowa polszczyzna fragmencika przestrzeni publicznej sprawiła, że także kody językowe mogące pełnić rolę mikrojęzyków, języków regionalnych - występujące na obszarze Polski - wymierają albo są uśmiercane. Przecież to właśnie polska polityka językowa jest odpowiedzialna za wymarcie języka słowińskiego, czy mazurskiego. Teraz w podobny sposób traktuje się język śląski, uparcie uznając go za dialekt. Dialekt - choć za jego użytkowników uznaje się pół miliona ludzi, na język ten przetłumaczono ewangelią św. Marka, dramat Ajschylosa, wiersze Eichendorffa, napisano trochę powieści, dramatów, niezliczoną ilość wierszy. Wydano kilka samouczków z gramatyką i czytankami, słowniki itp. itd. Nie miejsce i czas aby opisywać inne inne kroki mające na celu elaborację i kodyfikację śląszczyzny.

Kaszubszczyznę uznano w Polsce za język regionalny dopiero parę lat temu i to z łaską. Mimo że w światowej lingwistyce kaszubski status języka posiadał od stu lat. Polska dla języka polskiego, tak można sparafrazować główną myśl polityki językowej prowadzonej w Polsce. Kraju, który - co warto podkreślić - nie jest monolitem językowo-narodowo-konfesyjnym.
 

deepee  Dołączył: 28.06.2011
Cytuj
technik219 napisał/a:
Niemcy nie mają tego problemu: jak jest napisane "Judo" to my wymawiamy "dżudo" ale Niemiec powie po prostu "judo".

Mają problem, bo np. "Jiu-Jitsu" wymiawiają mniej więcej jak dżju dżitsu. ;-)
 

Apas  Dołączył: 26.01.2007
Cytuj
Benek, masz sporo racji. Moja rodzina wywodzi się z Pyrlandii i jako dziecko rozumiałem (nadal rozumiem) i uzywałem pyrolskiej gwary (teraz mam już problemy z mowieniem). Pamiętam, gdy zawiozlem raz moja obecna żonę do rodziny w Wielkopolsce - spędzilismy cały dzien i ona nie zrozumiała (bez tłumaczenia) ani słowa :-)
Jednak juz w latach osiemdziesiątych, gdy przeniosłem sie na Dolny Ślask, zauwazyłem, że ludzie z 'moich stron', poza ziemia rodzinną wstydzą się gwary używać. Nieraz słyszałem w pociagu relacji Poznań - Wrocław znajomy zaspiew, choć moi wspołpasazerowie BARDZO starali się mówić poprawna polszczyzną - dopiero jak zagadałem do nich po naszemu, przyjmowali mnie do rodziny (co w przypadku Pyroli oznacza czestowanie ogromna ilością jedzenia :-) ).
Ja w nowym miejscu tez szybko się gwary 'oduczyłem', podobnie jak mój ojciec - pomijam wzbudzane usmiechy, ale nas zwyczajnie nie rozumiano, gdy gadalismy po swojemu.
Teraz, w Irlandii nie mamy wielu znajomych Polaków, ale przyjaźnimy się z dwiema sympatycznymi rodzinami ze Ślaska, których dzieciaki chodzą z naszymi do tej samej szkoły. Po akcencie od poczatku bylo dla mne wiadomym, skad są (mialem na studiach przyjaciołkę ze Śląska, wiec się osłuchałem), ale do czasu aż nasza znajomość nie weszła na poziom przyjacielski - oni unikali jak ognia uzywania gwary, jakby sie wstydzili. Teraz juz nie mają problemu, by swobodnie przy nas rozmawiac między sobą ani nie wstydzą się, gdy im się coś 'wymsknie' w konwersacji z nami (jakaś luft mysza czy inny pieron).
Z drugiej strony rząd irlandzki próbuje ratować język irlandzki (Gealic). Nie zdołałem się go jak dotąd płynnie nauczyć, ale moja najstarsza córka włada nim biegle. Dzięki niej dowiedziałem się, ze 'gwarowe' różnice w Gealic sa tak duże, że mieszkańcy różnych obszarow Gealege (czyli takich, gdzie mowi się w domach po irlandzku) gdy sie spotkają, maja problemy z porozumieniem. Zaś irlandzki uczony w szołach jest wypadkową wielu odmian, czyms nieistniejącym w naturze.
Podczas najbliższych wakacji mam zamiar spedzić parę tygodni na połwyspie Conemara w obszarze Gealege i poszlifować swój jezyk, to moze będe mądrzejszy :-)
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
Apas napisał/a:
Z drugiej strony rząd irlandzki próbuje ratować język irlandzki (Gealic). Nie zdołałem się go jak dotąd płynnie nauczyć, ale moja najstarsza córka włada nim biegle.
Głębokie ukłony pełne szacunku dla Ciebie, a zwłaszcza dla Twojej pociechy!

Przez parę lat mieszkałem na Bałkanach, w Serbii i Chorwacji. Tam nikt nie wstydzi się mówić swoją gwarą, czy dialektem. Kultura ludowa, folklor nie są tam przedmiotem wyśmiewania, ironizowania z "wieśniaków". Ludzie są dumni z tego, że są z jakiejś zapadłej dziury, może dlatego, że często została ta dziura założona jeszcze w III w. przez Rzymian... :lol: Sporo ludzi z Dalmacji wręcz ostentacyjnie unika mówienia standardowym chorwackim. Oni są czakawcami i są z tego dumni.

Pamiętam, że kiedy pojechałem tam pierwszy raz od razu zauważyłem, że kiedy np. reporter telewizyjny pyta jakiegoś mieszkańca Zagrzebia np. o poglądy na temat zmian budżetu państwa, ten bez najmniejszego skrępowania odpowiada mu po kajkawsku i tyle. Ma w nosie, że to puszczą w wiadomościach o 19.30. U nas - także teraz - ludzie w sytuacjach oficjalnych sztywnieją i nawet im do głowy nie przyjdzie, żeby na pytanie reportera odpowiadać po swojemu. Wyszliby przecież na wieśniaków. :-|
 

Apas  Dołączył: 26.01.2007
Cytuj
Benek napisał/a:
Głębokie ukłony pełne szacunku dla Ciebie, a zwłaszcza dla Twojej pociechy!


Dziekuję. W moim przypadku nie ma za co chwalić - problemem dla mieszkajacych poza Gealage jest znalezienie nauczyciela, kogoś, kto potrafi nauczyć więcej, niż standardowe: Conas atá tú? Go leor go maith, go raibh maith agat, tudzież wulgaryzmów w stylu powszechnego "póg mo thóin"...
Natomiast córke mam językowo uzdolnioną - przyjechała w wieku lat 3 z własciwą dla tego wieku znajomością polskiego. Dziś mówi po angielsku (z irlandzkim akcentem, niestety...) w sposób uniemuzliwiający rozpoznanie jej, jako osoby spoza kraju de facto. Do tego Gealic (trzeba go wybrać na maturze, żeby mysleć o najlepszych kierunkach na najlepszych uczelniach, także praca w służbie cywilnej teoretycznie wymaga znajomości tego języka, w praktyce bywa różnie), ale także francuski i (slabo na razie) hiszpanski. W jej wypadku problemem jest polski - mówi z silnym angielskim akcentem. Cóż, przez wiele lat ieszkaliśmy z dala od innych Polakow i w szkole była jedyna Polką, więc jako podstawowy wdrukował się jej angielski...
Co do Serbii - tam jednak (mówię o dawnej Jufgosławii) mieliśmy do czynienia ze sztucznym zlepkiem wielonarodowościowym, więc podkreślanie odrębności jest zrozumiałe. Ale zgadzam się z Toba, że jest coś pięknego w mojej Pyrlandzkiej (ginacej) spuściźie, w pieknie śląskiej mowy moich przyjacioł. Nie ma nic złego w tym, by sie róznić tak długo, jak potrafimy rozmawiać. Ja tak przynajmniej uważam, ale chyba unifikacja górą, niestety...
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
Apas napisał/a:
Co do Serbii - tam jednak (mówię o dawnej Jufgosławii) mieliśmy do czynienia ze sztucznym zlepkiem wielonarodowościowym, więc podkreślanie odrębności jest zrozumiałe.
Czy ja wiem. Czy sztuczny i czy zlepek... Mieszane małżeństwa były w dawnej Judze na porządku dziennym, posiadanie jednej babci w Sarajewie, drugiej w Skopju, przy jednoczesnym mieszkaniu na stałe w Nowym Sadzie i deklarowaniu narodowości chorwackiej to była norma. Ale to już zupełnie inna sprawa.

Tam akcentowanie regionalnej przynależności nawet w obrębie jednego narodu jest do dzisiaj bardzo silne. Chorwaci ze Splitu bardzo często traktują z wyższością Chorwatów z Zagrzebia. A najbardziej napompowani manią wielkości są ci z Dubrownika. Oni uznają się za taki gatunek uber-Chorwatów. :mrgreen: Ale to już zupełnie inna sprawa.

Apas napisał/a:
W jej wypadku problemem jest polski...
To chyba najmniejszy problem. :mrgreen:
 

Apas  Dołączył: 26.01.2007
Cytuj
Cóż, myślę, że jednak polityka w przypadku dawnej Jugosławii miała jakis wpływ. W Irlandii tez jest ciekawie - Irlandczycy po akcencie potrafia nie tylko okreslic hrabstwo, z jakiego pochodzi rozmowówca, ale często także miejscowość a w przypadku Dublina - dzielnicę.
Największy obciach to posługiwanie się akcentem z Kerry - Kerryman to odpowiednik naszego sołtysa z Wąchocka skrzyżowanego z Ruskiem z dowcipów o Polaku, NIemcu i Rusku (gdzie było zawsze wiadomo, ze Niemiec i Rusek dostaną po tyłku, ale przy tym Rusek wyskoczy z gaśnica zamiast spadochronu).
Po wszystkoch latach tutaj dobrze rozróżniam akcenty z regionu Munster (czyli hrabstwa Cork - i West Cork, który nie jest osobny hrabstwem, ale to osobna planeta :-) - Kerry, Limerick i Tipperary oraz Ennis, choć te dwa ostatnie to takie przyszywane Munster). Dla przybysza z zewnątrz przekonanie, że sokoro facet z Cork mówi po angielsku, to ten z Limrick na pewno nie - jest czymś normalnym :-D . Natomiast miny polskich magistrów filologii angielskiej, wywiezionych do West Cork by się przekonali, czy RZECZYWIŚCIE potrafia się dogadac po angielsku - bezcenne!

[ Dodano: 2014-01-01, 21:55 ]
deepee napisał/a:
technik219 napisał/a:
Niemcy nie mają tego problemu: jak jest napisane "Judo" to my wymawiamy "dżudo" ale Niemiec powie po prostu "judo".

Mają problem, bo np. "Jiu-Jitsu" wymiawiają mniej więcej jak dżju dżitsu. ;-)


Bracia Germanie mają chyba z japonskim problem natury ogólnej. UPrawiałem przez większość życia japonskie tradycyjne sztuki walki i jest dla mnie rzecza naturalna, że posługuję się nomenklaturą japońską. Na przykład w aikido nazwa techniki zawiera jej szczegółowy opis: rodzaj i formę ataku, rodzaj, forme i wariant obrony. I tak w polskich dojo pada komenda, powiedzmy: suwari-waza kate-tori anhanmi ikkyo omote - i ćwiczący wiedzą, jaką sekwencję ruchów mają wykonac zarówno atakujący, jak i broniący się, choć właściwa technika w tej sekwencji to ikkyo. Co ciekawe, w Polsce wypowaida się to fonetycznie niemal tak, jak robia to Japonczycy, choć z błednym akcentowaniem czasem - ale ci, którzy więcej ćwiczą z Japonczykami, nadrabiaja te bledy dość szybko.
Jakiez bylo moje zdziwenie, gdy podczas staży w Niemczech okazało się, że tam (przynajmniej w tych dojo, gdzie miałem okazję ćwiczyć), techniki się... numeruje. Ikkyo numer 5 i jedziemy. Przy probie użycia terminologii japonskiej - ktora raz nauczona jest logiczna, przejrzysta i mozna ja ZROZUMIEĆ zamiast pamiętac tabelkę z numerami - niemieccy koledzy patrzyli jak woły w malowane wrota...
 

Benek  Dołączył: 18.09.2008
Cytuj
Apas napisał/a:
Jakiez bylo moje zdziwenie, gdy podczas staży w Niemczech okazało się, że tam (przynajmniej w tych dojo, gdzie miałem okazję ćwiczyć), techniki się... numeruje. Ikkyo numer 5 i jedziemy. Przy probie użycia terminologii japonskiej - ktora raz nauczona jest logiczna, przejrzysta i mozna ja ZROZUMIEĆ zamiast pamiętac tabelkę z numerami - niemieccy koledzy patrzyli jak woły w malowane wrota...
Sensu nie ma, ale jest ORDNUNG!

Wyświetl posty z ostatnich:
Skocz do:
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach