alkos  Dołączył: 18.04.2006
[fotografowie] Robert Frank Cytuj
http://www.vanityfair.com.../04/frank200804

polecam. dużo mówiący tekst.

nie/stety po angielsku.
 
gilby  Dołączył: 28.02.2007
Cytuj
nie umiem angielskiego, więc nie przeczytam :)
ale mam pytanie - czy ktoś miał możliwość zapoznać się z albumem "The Americans" Roberta Franka?
Jest na allegro za 129 zł, zastanawiam się czy kupić.
Możecie coś powiedzieć?
 

alkos  Dołączył: 18.04.2006
Cytuj
Moj egzemplarz przyszedl w zeszły czwartek. Jesli ten z allegro jest ze wstepem Kerouaca, to brac mozna w ciemno. Po tym wszystkim, co wydarzylo sie PO tym albumie w fotografii, naprawde potrzeba tego wstepu zeby odebrac go na nowo... chociaz w zasadzie w zwiazku z nowym wydaniem pojawilo sie na sieci tyle rzeczowych, solidnych recenzji, ze nawet i z nimi zamiast wstepu powinno zadzialac....

...jednym slowem polecam!
 
gilby  Dołączył: 28.02.2007
Cytuj
dzięki,
wstęp jest Kerouaca.
Muszę poczekać do wypłaty i zaraz biorę.

pozdrawim
gilby
 

dzerry  Dołączył: 01.05.2006
Cytuj
Ta a propos Franka, to wlasnie wychodzi wznowienie kolejnej jego pozycji - Paris.
 
gilby  Dołączył: 28.02.2007
Cytuj
kiedyś czytałem coś o Franku - ale nie znam jego zdjęć. Wczoraj wieczorem trochę poczytałem o takich panach jak Garry Winogrand, Robert Frank i Lee Friedlander.
Bardzo żałuje, że nie znam miejsca, gdzie można pooglądać albumy takich fotografów. W necie to nie to samo.
 

dzerry  Dołączył: 01.05.2006
Cytuj
gilby napisał/a:
Bardzo żałuje, że nie znam miejsca, gdzie można pooglądać albumy takich fotografów. W necie to nie to samo.
gilby, karnij sie na weekend do Berlina. Na twoim miejscu jezdzilbym tam kilka razy w roko :-)

A jeszcze a propos Franka. Dla tych co kupili Americans, szukuje sie kolejny obowiazkowy zakup. Sarah Greenough 'Looking In: Robert Frank’s The Americans'.



Wiecej w wiosennym katalogu Steidla. http://www.steidlville.co...dl_Cat_SS09.pdf
 

alkos  Dołączył: 18.04.2006
Cytuj
dzerry napisał/a:
Dla tych co kupili Americans, szukuje sie kolejny obowiazkowy zakup. Sarah Greenough 'Looking In: Robert Frank’s The Americans'.


Kurde, uwielbiam ogladac takie fotografie od kuchni. Daje do myslenia....

(na przykład "manipulacja" wymową pierwszego zdjęcia... wybrany kadr jakże różny od pozostalych w serii...)
 

ebelbeb  Dołączył: 04.07.2007
Cytuj
Polecam też "London Wales" Franka, klasyka. Londyńscy dżentelmeni w cylindrach i ich walijskie odpowiedniki - umorusani górnicy wracający z szychty, nadal w kasku z lampką.

[ Dodano: 2008-12-12, 00:45 ]
...and much more. ;-)
 
M.W  Dołączył: 20.08.2008
Cytuj
Cytat

KSIĄŻKA THE AMERICANS ROBERTA FRANKA ZAINSPIROWAŁA CAŁE POKOLENIE FOTOGRAFÓW.
http://www.youtube.com/watch?v=mHtRZBDOgag

ROBERT FRANK (UR. 1924 W ZURYCHU, SZWAJCARIA)
„Robert Frank, Szwajcar, skromny, miły, z tym małym aparatem, który podnosi i którym pstryka jedną ręką, wyssał smutny poemat z Ameryki wprost na film, zajmując miejsce pośród tragicznych poetów świata". Tak pisarz pokolenia beatników Jack Kerouac pisał w swym wstępie do amerykańskiego wydania The Americans Franka z 1959 roku. Album ten podsumowywał fotografię „uliczną" połowy wieku i był najbardziej wpływowym albumem fotograficznym pokolenia powojennego. Był szokujący (na owe czasy) i nowatorski z tych samych powodów: za pomocą ziarnistych, przerysowanych, czasem przekrzywionych i nieostrych obrazów, wykonanych aparatem małoobrazkowym Frank zdyskredytował narodowe mity i rozłupał słodki optymizm eisenhowerowskiej Ameryki. Były tu zdjęcia anonimowych, multikulturowych Amerykanów, z ich szafami grającymi, telewizorami, stołami bilardowymi, cmentarzami i flagami USA, uchwyconych spontanicznie w „niepewnych" chwilach wyjętych z kontinuum życia. W sekwencji niepodobnej do niczego, co opublikowano wcześniej, formowały one ikonografię represji rasowych, otępiającej, rutynowej pracy, jałowej polityki, nudnych podróży w kulturze samochodowej, samotnych miejskich tłumów i napięć klasowych.
Frank po raz pierwszy zbuntował się przeciwko ograniczeniom społecznym, dorastając w kulturalnej, burżuazyjnej żydowskiej rodzinie w Zurychu w Szwajcarii. Tam, i później w Genewie i Bazylei, praktykował u komercyjnych fotografów, zamiast przystąpić do interesu ojca.
Rok 1946 spędził w Paryżu, a w 1947 wyemigrował do Nowego Jorku, chcąc podjąć pracę jako fotograf prasowy. W Harper's Bazaar pokazał dyrektorowi artystycznemu Alexeyowi Brodovitchowi album zatytułowany „40 Fotos", i został natychmiast zatrudniony. W 1948 roku Frank wziął sześć miesięcy wolnego i fotografował Boliwię oraz Peru, i choć do 1951 roku pracował regularnie dla krajowych magazynów, podczas swoich podróży zaczął zajmować się niezależnymi projektami. Składając hołd twórczości Billa Brandta i Andre Kertesza, fotografował w Walii, Anglii, Francji i Hiszpanii, i zaczął wystawiać oraz zdobywać nagrody. W 1954 roku zdobył już taką reputację, że Brodovitch, Walker Evans, Edward
Steichen, Alexander Liberman i historyk sztuki Meyer Schapiro wspierali jego rozpatrzoną pomyślnie prośbę o stypendium Guggenheima. Był pierwszym nieamerykańskim fotografem, który je zdobył.
Propozycją Franka było przejechanie Ameryki i sporządzenie „wizualnego studium cywilizacji (...) autentycznego dokumentu współczesności". W latach 1955-56 objechał Zachód i Południe, i w świetle zastanym naświetlił 750 rolek filmu małoobrazkowego. Wybrane przez niego 83 fotografie dały The Americans. Była to dysfunkcyjna „rodzina człowiecza" (choć jego prace zostały pokazane podczas wystawy w 1955 roku pod nazwą „The Family of Man"). Były antynarracyjne - mówił, że nienawidzi „tych cholernych historii z początkiem i końcem" - i zamiast tego zorganizowane według powtarzających się motywów, takich jak amerykańska flaga.
Istotnie, Frank rzadko wcześniej wizualizował sobie obraz i obcinał postacie swoim kadrowaniem oraz pozwalał na halację i ziarnistość, akceptując wpadki i techniczne niedociągnięcia swego małoobrazkowego aparatu. Ku największemu potępieniu krytyków, tytuł Franka obiecywał pokazać Amerykę Amerykanom, ale jego fotografie były częściowe, subiektywne i na zmianę bolesne, satyryczne lub niepokojące - nigdy optymistyczne. Jego książka wydana została po raz pierwszy dopiero we Francji w 1958 roku przez Roberta Delpire'a.
W 1959 roku Frank nakręcił swój pierwszy film - oparty na autobiograficznym opowiadaniu Kerouaca. Puli My Daisy był wpółreżyserowany przez malarza Alfreda Lesliego, a występował w nim poeta pokolenia beatników Allen Ginsberg. Na wpół dokumentalny, na wpół fabularny, film ten wytyczał szlaki w niezależnym kinie. Frank poświęcił się robieniu filmów w latach sześćdziesiątych, kręcąc także Me and My Brother (1965-68) i Cocksucker Blues o trasie koncertowej The Rolling Stones po Stanach Zjednoczonych w 1972 roku. W 1971 roku wraz z drugą żoną przeprowadził się do dalekiego Mabou w Nowej Szkocji, dokonując dosłownie alienacji, którą przedstawiały jego zdjęcia. Jego twórczość od tego czasu zmieniła tematykę z kulturalnej na osobistą. We wczesnych latach siedemdziesiątych powrócił do robienia zdjęć, po części by pogodzić się z osobistymi tragediami, w tym śmiercią córki w katastrofie lotniczej. Łączył te obrazy ze słowami namalowanymi i wyskrobanymi na negatywach.
Po publikacji przez Franka The Americans, fotografowie tak różni jak Garry Winogrand, Diane Arbus, Lee Friedlander, Danny Lyon i Bruce Davidson byli kojarzeni z projekcją osobowości fotografa poprzez napotkany świat, choć częściowo dojrzeli niezależnie od Franka i każdy był wybitnie nowatorski jeśli chodzi o swą tematykę i techniki. Kurator Nathan Lyons z George Eastman House pierwszy rozpoznał to zjawisko na wystawie „Toward a Social Landscape" z 1966 roku, na której znaleźli się Winogrand, Lyon i Davidson oraz Duane Michals. W następnym roku wystawa „New Documents" zorganizowana przez kuratora Johna Szarkowskiego połączyła Winogranda i Friedlandera z Arbus.

„ULICZNA" TWÓRCZOŚĆ FRANKA - „GDZIE KOŃCZY SIĘ MATERIA, A ZACZYNA UMYSŁ"
„Czerń i biel są kolorami fotografii" - napisał Frank. „Dla mnie symbolizują one alternatywę nadziei i rozpaczy, którym rodzaj ludzki jest zawsze poddany. Większość z moich fotografii przedstawia ludzi; są oni widziani prosto, tak jakby przez oczy przechodnia na ulicy. Jest jedna rzecz, którą musi zawierać fotografia, ludzką naturę chwili. Ten rodzaj fotografii to realizm. Ale realizm to nie wszystko - musi być wizja, i te dwie rzeczy razem mogą stworzyć dobrą fotografię. Trudno jest opisać tę cienką linię, gdzie kończy się materia a zaczyna umysł". Wywodząc swe korzenie od fotografii prasowej połowy wieku, Frank także poszukiwał „mniej smaku, a więcej ducha (...) mniej sztuki, a więcej prawdy". Z czasem stał się świadom, że próbował zrozumieć świat i, przez to, samego siebie. Ale zdawał sobie także sprawę z tymczasowego charakteru postrzeganej rzeczywistości. „Zawsze patrzę na zewnątrz, próbując dostrzec to, co wewnątrz. Próbując powiedzieć coś, co jest prawdziwe. Ale może nic nie jest naprawdę prawdziwe. Oprócz tego, co tam jest na zewnątrz. A to, co na zewnątrz, zawsze stanowi wyzwanie... Życie tańczy nadal, nawet jak jesteś o kulach".


Cytat
Amerykanie po 50 latach


Niechlujne, rozmazane, nieostre, ziarniste, źle naświetlone, o przechylonym horyzoncie - amerykańska krytyka surowo oceniła zdjęcia Roberta Franka, tak bardzo niepodobne do fotografii publikowanych pod koniec lat 50. Ale właśnie one ułożone w słynny album "The Americans" zmieniły historię fotografii.


Mija właśnie 50 lat od pierwszego wydania "The Americans" - najpierw w Paryżu w 1958 r., rok później w Stanach. Paryska galeria Jeu de Paume i National Gallery of Art w Waszyngtonie postanowiły uczcić tę rocznicę. Do 26 kwietnia w Waszyngtonie można obejrzeć 150 fotografii Franka, w tym 83 opublikowane w albumie "The Americans". Z kolei Jeu de Paume do 22 marca poza zdjęciami z Ameryki prezentuje wcześniejsze prace Franka z Paryża.

- Pragnę stworzyć kompletny obraz Ameryki - pisał w 1954 r. mało wówczas znany Szwajcar do Fundacji Guggenheima, prosząc o grant na realizację swojego projektu. Dostał go dzięki poparciu fotografa Walkera Ewansa i Edwarda Steichena, kuratora "The Family of Man" w nowojorskiej MOMA. Do jednej z najważniejszych wystaw w historii fotografii wybrano w 1955 roku aż siedem zdjęć Franka z Ameryki.

W 1955 r. Robert Frank z żoną i dwójką dzieci wynajętym fordem ruszył w dziewięciomiesięczną podróż po blisko 30 stanach Ameryki. Przejechał 10 tys. mil i na 767 negatywach zrobił ponad 27 tys. zdjęć. Po drodze przeżył wiele zaskakujących przygód, jedną z nich wspomina do dziś. - Policjant patrolujący miasteczko w Arkansas zatrzymał mnie, podejrzewając, że jestem Żydem, skoro mam przy sobie list z Fundacji Guggenheima. A że szeryf potrzebował akurat kogoś do tłumaczeń z jidysz, wsadzono mnie do aresztu. Nie powiadomiono nawet nikogo z rodziny.

Robił zdjęcia intuicyjnie, z bliska, przypadkowym ludziom i sytuacjom, nie planował kadrów, nie zaczepiał fotografowanych osób. Był pionierem "fotografii antymomentu", nazwanej tak dla odróżnienia od "teorii decydującego momentu" Henriego Cartier-Bressona. Frank naciskał spust migawki po prostu wtedy, gdy coś go zaintrygowało, rozbawiło, poruszyło. Bresson czekał na ten jeden jedyny moment, gdy wszystko się zgra w ułamku sekundy: ruch, geometria, światło, ekspresja.

Frank fotografował to, co czuł i myślał o ludziach spotykanych po drodze, różniących się przecież od mieszkańców Europy, którą opuścił jako 23-latek. - Amerykanie wydawali mi się bardziej samotni niż Europejczycy - wspominał po latach. Z jego fotografii wyłania się tak przygnębiający obraz Stanów połowy lat 50., że Szwajcara oskarżano nawet o nienawiść do Amerykanów. A fotografował wszystkie mity i symbole Ameryki, jak kowboj palący cygaro podczas rodeo, czarnoskóra niania, parada z okazji święta 4 Lipca, mężczyzna trzymający nogi na biurku, nowojorscy Żydzi, kino samochodowe, znudzona gwiazda na premierze filmu w Hollywood, rodzinny piknik i wreszcie powracający niczym refren motyw flagi amerykańskiej w oknach prywatnych domów, w biurze, na paradzie, w barze.

"The Americans" ogląda się jak doskonale zmontowaną fabułę albo widok z okna niespiesznie poruszającego się samochodu. "Cóż za poemat!" - napisał we wstępie do albumu słynny bitnik Jack Kerouac. 50 lat później recenzujący wystawę w Waszyngtonie dziennikarz "The New York Times" zauważy: "Wiele czasu zajęło fotografom, krytykom i wykładowcom sztuki odkrycie, że to właśnie Frank uwolnił fotografię z takich ograniczeń jak schludna kompozycja i dystans emocjonalny do fotografowanej rzeczywistości, o który tak bardzo dbali jego poprzednicy".



Rozmowa z Wojtkiem Wieteską

Im dłużej oglądam album "The Americans", tym bardziej wydaje mi się on aktualny. A przecież na tych fotografiach pokazana jest Ameryka sprzed pół wieku.

Wojtek Wieteska: Frank w tym cyklu porusza wszystkie tematy, które można podjąć w fotografii: codzienne życie, miłość, śmierć, krajobraz miejski, problemy rasowe, bogactwo, biedę, rozrywkę, wybory. On już na początku swojej drogi wymknął się ze szkoły Bressona, twórcy fotografii reporterskiej, według której zdjęcie miało pełnić funkcję informacyjną i - aby zaistnieć - potrzebowało medium w postaci prasy.

W połowie lat 50. Robert Frank mówi co innego: fotografia jest sztuką! Wydaje album "The Americans" z poetyckim, niemającym nic wspólnego z opowieścią dziennikarską wstępem Jacka Kerouaca i przez resztę życia pokazuje swoje prace wyłącznie w galeriach oraz albumach.

84-letni dziś Frank powiedział niedawno, że jego książka przetrwała, bo nie było w niej miejsca na kompromis.

- On sam decydował, co i jak fotografuje, sam wybrał zdjęcia i ułożył je w precyzyjne sekwencje. Już wyruszając w podróż po Ameryce, wiedział, co chce o tym kraju opowiedzieć, co go boli, komu chce się przyjrzeć. Obraz Ameryki, który stworzył, jest pozbawiony złudzeń i sentymentów.


Zdjęcia opatrywał tylko krótkim podpisem z nazwą miejsca. Żeby dziś zrozumieć jego wizję, potrzebny jest komentarz?

- Gdy w latach 90. podróżowałem po USA, bardzo chciałem spotkać Roberta Franka. To mi się nie udało. Ale odpowiedzi na wszystkie pytania, które chciałem mu zadać, odnajduję dzisiaj w jego fotografiach. Jak blisko podchodził do ludzi - np. na tym zdjęciu z konwencji wyborczej, gdzie politycy stoją tyłem. Dziś już wiem, że nie mógł stać dalej niż pół kroku od nich, czuł ich zapach, słyszał rozmowy. On zawsze znajdował się w dobrym punkcie.

"Rozmawiałem może z jedną z osób, które sfotografowałem do cyklu"- zdradza (Robert Frank).

- Po co miał rozmawiać? To dziennikarz potrzebuje słów.

W latach 90. ruszyłeś w podobną podróż po Stanach, powstał wtedy materiał "Far West". Robert Frank cię zainspirował?

- Raczej malarz Edward Hopper. Frank był inspiracją dla projektu, który od 22 lat realizuję, podróżując po Polsce. Najciekawsze w tym projekcie jest to, że nie wiem, co się wydarzy za trzy minuty, kogo spotkam i co zobaczę.

Frank podkreśla rolę intuicji. Co to znaczy?

- Że zna na wylot swoje narzędzie pracy i posługuje się nim jak tenisista swoją rakietą. On często w ogóle nie patrzył przez obiektyw, miał takie wyczucie tego, co "widzi" jego narzędzie, że fotografował odruchowo.

Czy dziś jest możliwe stworzenie kompletnego obrazu narodu?

- Dziś panuje moda na "project": fotografuje się wszystkie porzucone budowy, dawne synagogi, wszystkich dziwaków w mieście, sam fotografowałem kiedyś przystanki PKS. To jest ciekawe w fazie projektu, ale oglądanie tego w galerii czy gazecie jest puste.

Popularne są też fotoblogi, codziennie trzeba coś wrzucić do internetu, choćby jedno nieudane zdjęcie. Od artystów wymaga się, żeby co miesiąc pokazywali nową wystawę, wydali album - wszystko w sosie postkonceptualnym. Drażni mnie powierzchowność tych zdjęć.

Opowiesz mi o swoim ulubionym zdjęciu Franka?

- Na ostatniej stronie wydania "The Americans" z 2000 roku jest fragment stykówki z trzema klatkami. Na pierwszej widać kawałek samochodu, na drugiej większy fragment i siedzącą w środku żonę i dzieci Franka, na ostatniej - drogę z tablicami informacyjnymi. Frank odwraca kamerę w swoją stronę i pokazuje, jak to było, gdy podróżował, jak wyglądało wtedy jego życie.

To bardzo osobiste zamknięcie albumu jest rodzajem testamentu. W wydaniu z 2008 r. jest tylko jedno z tych zdjęć, to z rodziną w samochodzie. Być może on uznał, że ta fotografia powinna wejść w obszar fikcji, bo bez sąsiedztwa dwóch pozostałych ujęć nie odbierasz jej jako pamiątki z podróży Roberta Franka. To już jest kawałek Sztuki.

Wojtek Wieteska - ur. w 1964, fotograf, operator, reżyser, absolwent PWSFTViT w Łodzi, historii sztuki na UW i Sorbonie. Podróżuje od 1986 r. po Australii, Afryce Północnej, Bliskim Wschodzie, Europie, Japonii i USA. Autor projektów fotograficznych: "Paryż-schyłek", "Rzeczywistość", "Far West", "Tokyo", "N.Y.C. #02". Aktualnie pracuje nad cyklem o Polsce, którą fotografuje od 22 lat. Materiał będzie miał premierę na przełomie 2009 i 2010 r.

Rozmawiała Beata Łyżwa-Sokół
http://wyborcza.pl/1,7547..._50_latach.html


Cytat
Robert Frank – fotograf uliczny / the americans
http://www.pstryk.info.pl...-the-americans/

ROBERT FRANK – KONIEC AMERYKAŃSKIEGO SNU
http://bezdroze.blogspot....skiego-snu.html

Robert Frank: Wyprowadzka – artykuł opublikowany w Foto-Kurierze 2/1995
http://www.foto-kurier.pl...rze-2-1995.html

Robert Frank au Jeu de Paume
http://www.youtube.com/watch?v=H6CVyWCVgFg

Looking In: Robert Frank’s The Americans – Expanded Edition
http://www.steidlville.co...ed-Edition.html
 

wojtekk  Dołączył: 17.07.2006
Cytuj
'Americans' jest świetne, ale inne albumy Franka są jeszcze lepsze. Polecam 'Black white and things':

http://www.steidlville.co...and-Things.html

Ciary!
 
M.W  Dołączył: 20.08.2008
Cytuj
Cytat
Urodzony w Zurichu w 1924 roku Robert Frank już od dawna uznawany jest za jedną z najważniejszych postaci w fotografii amerykańskiej dwudziestego wieku. Był kiedyś zawodowym fotografem przemysłowym a później odnosił ogromne sukcesy jako fotoreporter oraz fotograf mody w Harper's Bazaar. W pewnej chwili nie mógł znieść presji jaką niosła praca dla prasy i złożył podanie o stypendium John Simon Guggenheim Memorial Fellowship, które mu przyznano.

Dzięki stypedium w 1955 roku Frank zaczął jeździć po Stanach Zjednoczonych uwieczniając aparatem małoobrazkowym to, co w życiu Ameryki najbardziej typowe. Przejechał starym samochodem 48 stanów i przywiózł tysiące naświetlonych klatek, na których zarejestrował ogromne reklamy stojące, autostrady na pustkowiach, przydrożne bary, parady, samochody, stacje benzynowe, niedzielne pikniki. I chociaż pozornie Frank odrzucił wszystko to, co wiązało się z jego szwajcarskim pochodzeniem, gdzieś głęboko pozostało w nim wiele z ducha pierwszej ojczyzny, a na samej powierzchni widać tą samą fascynację flagą - kiedyś fotografował flagę Szwajcarii, teraz wciąż przewijała się flaga amerykańska - zarzucona na podium w czasie parady, powiewająca na budynku lub ponad ludźmi na pikniku zorganizowanym z okazji Święta Niepodległości.

Jego obrazy Ameryki są gęste, niespokojne, pełne energii i pozornej niedbałości - wydają się być uchwycone od niechcenia. Jest w nich wszystko oprócz harmonii, statyczności, klasycznej kompozycji i nudy. Jak mówi Susan Sontag, będący plonem wyprawy Franka zestaw zdjęć "Amerykanie" to zbiór "pozornie przypadkowy" ("O fotografii", Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe).

Pomimo pozornych zbieżności nie ma nic bardziej odległego od fotografii Franka niż dzieło Cartier-Bresson - mistrza elegancji i harmonii propagującego ideę "decydującej chwili". U Bressona fotograf uwiecznia chwilę, która przesądza o charakterze obiektu i określa go najpełnej; u Franka każda chwila jest równie ważna. Porównajmy Bressona: "... chciałem uchwycić w ramki jednego zdjęcia istotę jakiegoś wydarzenia, które właśnie rozgrywało się na moich oczach" z wypowiedzią Franka: "Wszystko daje się obecnie fotografować". Franka nie interesuje piękno. Podobno tak powiedział o fotografii Cartier-Bressona: " Nigdy nie miało się uczucia, że poza pięknem lub czystą kompozycją tego co się działo przed jego oczami cokolwiek było zdolne poruszyć tego człowieka" (Tod Papageorge, "Walker Evans and Robert Frank: An Essay on Influence", New Haven, Conn.: Yale University Art Gallery, 1981).

Sławny fotograf, Walker Evans, napisał o Franku: "Wykazuje ironię w podejściu do narodu, który w swojej przeważającej większości jest jej pozbawiony" ("U.S. Camera 1958", pod redakcją Toma Maloneya, New York: U.S. Camera Publishing Company, 1958). Ta wypowiedź wydaje się ujmować pewien aspekt "fenomenu" Roberta Franka, europejskiego przybysza w osobliwy sposób zafascynowanego krajem stworzonym przez emigrantów z Europy: ironię spojrzenia "obiektywnego". Obiektywizm miałby u Franka polegać na pozornej przypadkowości kompozycji i wyboru chwili ekspozycji. Jednakże poprzez to, że tę właśnie a nie inną chwilę wybrał autor, tym bardziej staje się ona dla nas znacząca; zaczynamy dopatrywać się znaczeń ukrytych w zatrzymanej rzeczywistości, a nie w samej fotografii. Oto okazuje się bowiem, że pozornie banalna rzeczywistość, którą mijamy codziennie jest nieprzenikniona - ludzie zanurzeni są w swoim życiu, którego nie jesteśmy w stanie dociec. Zatrzymane gesty są ezoteryczne, gdyż nie znamy ich znaczeń.

Dzieło Franka dzieli od "artystycznej" fotografii przełomu wieków tak wiele jak 19-wieczne malarstwo akademickie od impresjonizmu. Akademik musiał przymyśleć temat i tak zwaną anegdotę obrazu, dobrać odpowiednie rekwizyty i modeli, dzięki którym mógł zrealizować z góry podjętą koncepcję gdy tymczasem impresjonista idzie w plener i pozwala, by rzeczywistość mu się "narzuciła".

Plon wyprawy Franka po Stanach ukazał się najpierw w Paryżu w roku 1958 pod tytułem "Les Americains". Gdy w roku 1959 "Amerykanie" pojawili się w Ameryce prawie wszyscy krytycy zmieszali go z błotem za to, że ich zdaniem pokazał to co w Ameryce najbardziej nędzne, plugawe, zapomniane i zaniedbane. Dokładnie te same aspekty zafascynowały młode pokolenie fotografów, a przedmowa Jacka Kerouaca do albumu "Amerykanie" w nieco egzaltowany sposób ujmuje istotę tej fascynacji: "Robert Frank ... zręcznie, skrycie, genialnie, ze śmiertelną powagą, niczym tajemniczy cień, fotografował sceny, jakich nigdy jeszcze nie widziano. Obejrzawszy te zdjęcia nie wiecie już, czy grająca szafa nie jest przypadkiem smutniejsza od trumny" (Sontag). Ogromy wpływ Franka widać chociażby w dziele takich fotografów, jak Lee Friedlander, Garry Winograd czy nawet, pomimo odmienności podejścia, Diane Arbus. Winograd wyraził to wspólne z Frankiem podejście do fotografii mówiąc: "...robię zdjecie po to, by zobaczyć jak będzie wyglądać" ("Image", tom 15, numer 2 (1972). A zatem nie chodzi o to, by z góry założyć sobie pewien obraz i czekać aż zmaterializuje się przed naszymi oczyma i wtedy nacisnąć spust migawki. Sam aparat poszerza nasze widzenie, bo nie wiemy do końca co nam ujawni poprzez tę chwilę, gdy migawka jest otwarta rejestrując to, czego ludzkie oko często nie jest w stanie uchwycić.

W roku 1957, gdy praca nad zbiorem "Amerykanie" zbliżała się do końca, Frank przybył do Waszyngtonu na inaugurację prezydentury Dwighta D. Eisenhowera oraz Richarda M. Nixona. Zdjęcia Kapitolu, polityków czy urzędników machiny biurokratycznej stolicy zaludniających ulice miasta zdradzają przewijającą się w dziele Franka fascynację symbolami władzy. Przy okazji fotograf odwiedził Narodową Galerię Sztuki w Waszygtonie gdzie sfotografował zwiedzających odpoczywających na fotelach. Później przyszły lata sławy a ostatnie dziesięciolecia przyniosły odkrywcze zdjęcia i filmy, w których Frank przełamał szereg stereotypów i poszerzył środki wyrazu swojej sztuki. Autobiograficzne prace ostatnich lat dotyczą prywatnych podróży, związków z rodziną i przyjaciółmi oraz relacji autora z otaczającą rzeczywistością. W roku 1990, 33 lata po pierwszej wizycie, Frank przyjechał ponownie do Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie, tym razem po to, by ofiarować jej ogromną ilość swoich prac: znaczną ilość odbitek z wystaw, oprawiony tom oryginalnych zdjęć pod tytułem "Black White and Things", zbiór negatywów wraz ze stykówkami ze zdjęć sprzed roku 1970 oraz ponad tysiąc odbitek. Galeria postanowiła rozszerzyć zbiór nabywając wszystkie zdjęcia zreprodukowane w wydaniu z 1989 roku książki Roberta Franka pod tytułem "The Lines of My Hand", stanowiącej przegląd jego prac od najwcześniejszych zdjęć wykonanych jeszcze w Szwajcarii w latach czterdziestych, aż po prace z lat osiemdziesiątych. W maju 1994 Frank podarował Galerii dodatkowy zbiór odbitek z wystaw i materiałów archiwalnych. Wszystko to złożyło się na Kolekcję Roberta Franka Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie. Jarosław Brzeziński


Cytat
Antymomentyzm Roberta Franka


Looking In: Robert Frank's The Americans, Expanded/Contact sheets with Frank's red markings.

Najważniejsza praca fotografa, ciągle wznawiany album, The Americans, do którego Frank wybrał jedynie 83 zdjęcia był, z początku, mocno krytykowany. Zdjęcia z amerykańskiej podróży Franka, wykonane w konwencji skrajnego realizmu, bardzo krytycznego wobec amerykańskiej mitologii "american dream", wywołały szok w środowisku fotograficznym. Robert Frank stał się prekursorem kierunku antymomentyzmu.
Zdjęcia krytykowano za sposób wykonania, braki w kompozycji, krzywe kadry, poruszone i nieostre, złą narrację, brak ładu i harmonii. Ich tematyka również nie spodobała się krytykom: knajpki, stacje benzynowe, przydrożne restauracje i ludzie odrealnieni i odlegli. Mówiono, ze fotografie wyglądają jak by wykonane były w Rosji.
Chociaż od pierwszej publikacji minęło prawie 60 lat, zdjęcia Franka do dziś są niezwykle ważne dla historii fotografii,

"Decydujący moment - ta jedna chwila, ułamek sekundy, w którym świat pogrążony w chaosie jawi się jako doskonała całość. Zdjęcie powinno streszczać wydarzenie, które za chwilę rozpadnie się w potoku życia" – tak opisuje treść tej idei Izabela Jaroszewska. To Henri Cartier-Bresson dał światu teorię "decydującego momentu". Jaroszewska pisze: "Fotografie Bresson'a to właśnie genialne momenty wydobyte z rzeki czasu. Później wielokrotnie poddawano krytyce jego teorie, ale fakt, że to właśnie do Jego wypowiedzi się odnosimy świadczy o wielkości tego, co napisał i stworzył".
Z kolei „fotografia antymomentu”, zapoczątkowana przez Roberta Franka wyróżnia się brakiem przewidywalności i planowania, przekrzywionymi horyzontami i poruszeniem, stara się w pełni oddać daną chwilę wraz z jej ładunkiem emocjonalnym i poetycką czułością.
http://kfpowiekszenie.blo...rta-franka.html
 

szybkiparowoz  Dołączył: 20.02.2011
Cytuj
Kurka wodna... Jeszcze w sobotę "Amerykanie" w cenie 99 PLN byli na stronie warszawskiego "Bookoff" w "dużych ilościach", a już wczoraj brak na stanie... Ma ktoś dla mnie inny pomysł na prezent pod choinkę?
 

edghaar  Dołączył: 10.02.2011
Cytuj
Kto pierwszy ten lepszy :-P
 

dzerry  Dołączył: 01.05.2006
Cytuj
szybkiparowoz, moze w takim razie "Looking In: Robert Frank's The Americans" za 5 dych wiecej? W srodku cala ksiazka, stykowki, opracowania, przeglad wszystkich wydan, miod i maliny. Przesylka do PL gratis. http://www.amazon.co.uk/L...ref=pd_sim_b_18
 

szybkiparowoz  Dołączył: 20.02.2011
Cytuj
Dzięki :-) Właśnie się zarejestrowałem na amazonie. Widzę, że jest tam "kilka" innych ciekawych pozycji...
 

radekone  Dołączył: 20.05.2009
Cytuj
Ja sobie chyba prezent na gwiazdke zrobie...
 

alekw  Dołączył: 27.09.2007
Cytuj
Heh, jeden post na pentax.org.pl i z magazynów znikają wszystkie albumy :-)
To się nazywa siła forum :-)
 

dzerry  Dołączył: 01.05.2006
Cytuj
Moze sobie zalozymy dla forum takie konto jak Mike Johnston na amazonie - prowizja za kazdy zakup z naszego clicku :-)
 

szybkiparowoz  Dołączył: 20.02.2011
Cytuj
Dopytam jeszcze posiadaczy "Looking In" (albo jeszcze lepiej obu tytułów):
czy ww. książka zastąpi "The Americans" czy tylko uzupełni? "Looking In" zawierać ma faktycznie wszystkie zdjęcia z pierwowzoru, ale czy zachowany jest oryginalny ich układ? I co z przedmową Kerouaca - została przedrukowana czy pominięta?

Wyświetl posty z ostatnich:
Skocz do:
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach