M.W  Dołączył: 20 Sie 2008
O błonach, papierach i ich obróbce
Cytat


Kiedy Pan rozpoczął swoją przygodę z fotografią?
Bardzo dawno. Już w szkole podstawowej robiłem zdjęcia
aparatem ojca – Zorką. Ulubionym tematem było fotografowanie
pociągów z wiaduktu dworca gdańskiego.

Nie było to chyba zbyt bezpieczne ?
W tamtych czasach tak – milicja mogła mnie zamknąć za
szpiegostwo. Fotografowałem te pociągi, ponieważ wtedy chciałem
zostać kolejarzem. Nigdy nie powiększyłem tych zdjęć. Mam
jednak te negatyw i stykówki.
Pierwsze poważne zdjęcia powstały podczas mojego pobytu
z rodzicami na Cejlonie. Obserwacja tamtego otoczenia wyzwoliła
we mnie chęć zarejestrowania tego, co obserwuję oraz
moich wrażeń na błonie. Zdjęcia były robione na przeźroczach
barwnych. W liceum rozwijałem zainteresowania fotografią. Brałem
udział w wystawach grupowych klubu „6x6” działającego
pod kierownictwem pana Mariana Szulca przy Pałacu Młodzieży
w Warszawie.
Potem rozpocząłem studia na Politechnice Warszawskiej na
wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych. Po dwóch latach
przeniosłem się na wydział Instytutu Poligrafii, który był wydziałem
najbardziej twórczym w tamtych czasach obok wydziału
architektury. Pracę dyplomową robiłem z sensytometrii materiałów
fotograficznych cz-b. Na studiach też miałem pierwszą
indywidualną wystawę swoich fotografii – było to chyba zdjęcia
jazzowe lub portrety – nie pamiętam już dokładnie. Zanim
ukończyłem ten wydział byłem już członkiem Związku Polskich
Artystów Fotografików. Po ukończeniu studiów rozpocząłem
pracę na ASP jako wykładowca i kierownik pracowni fotografii.
W międzyczasie upomniała się o mnie armia. Odbywałem
wstępne szkolenie w wojskach łączności, a resztę służby pracowałem
jako sekretarz redakcji Przeglądu Wojsk Lądowych.
Potem nastąpił stan wojenny i po jego zakończeniu przestałem
pracować na ASP. Od tego czasu zajmuję się zawodowo fotografią
na własną rękę.

Czy używa Pan filtrów kolorowych?
Tak, ale tylko przy fotografii krajobrazowej – czerwonego
i pomarańczowego. W „street-foto” nie ma takiej potrzeby – niepotrzebnie
zabierają światło, wydłużając czas ekspozycji. W fotografii
krajobrazowej większość zdjęć wykonuję ze statywu.

Jakich błon Pan używa – z emulsjami tradycyjnymi czy nowoczesnymi
– opartymi na kryształach delta?

Od 15 lat fotografuję wyłącznie na błonach Ilforda. Krajobrazy
robiłem na Delcie 100, obecnie na FP4. Różnica pomiędzy
błonami klasycznymi, a nowoczesnymi polega na tym, że te
pierwsze mają trochę mniejszy kontrast w światłach obrazu. Nie
należę do osób dzielących włos na czworo i nie analizuję szczegółowo
właściwości błon. Przeważnie w wypadku większości
błon o podobnej czułości, na zdjęciu nie widać tych różnic. Aby
je wychwycić należałoby wykonać bardzo duże powiększenia.
Dla mnie najistotniejsza jest charakterystyka filmu, czyli to,
żeby film pozwalał na wykonanie odbitek ładnych pod względem
tonalnym. Od początku swojej działalności fotograficznej
wykonuję testy filmów. Nigdy nie włożyłem do aparatu błony
„na ślepo”, czyli nie robię tak jak wiele osób, które najpierw
naświetlają błonę, a później dopiero zastanawiają się jak ją
wywołać. W testach określam czułość i czas wywołania potrzebny
do otrzymania takiej charakterystyki, aby błona ładnie
się kopiowała na papierze o gradacji normalnej.

Czyli kupuje Pan większą ilość błon o tym samym numerze
emulsji, wykonuje test na jednej rolce i po ustaleniu wyników
dopiero przystępuje do fotografowania na tych błonach?

Tak, postępuję tak zawsze. Kupuję około 30-40 rolek, na testy
przeznaczam zwykle 2 rolki (mówimy o błonach zwojowych
120). Potem nie muszę się już zastanawiać nad tym, czy zdjęcie
„wyjdzie”, czy nie – jestem spokojny o jakość uzyskanych
efektów. Dlatego korzystam z filmów Ilforda, gdyż mają one
najmniejszy rozrzut parametrów.
Otrzymałem kiedyś kilkadziesiąt
rolek błony Kodak Tri-X z różnymi numerami emulsji. Film
ten był pod względem czułości bardzo nierówny – ISO od 200
do 320. Miał poza tym płaskie światła – wychodziły na odbitce
mocno przydymione. Ja lubię światła jasne i klarowne.
Próbowałem kiedyś fotografować na błonach AGFA – Agfapan
400 po testach miał czułość ISO 125 a ziarno charakterystyczne
dla 400-tek. Podbijanie czułości przy użyciu
różnych wywoływaczy nie dawało rezultatów. W przypadku
Ilforda zdarzyła mi się kiedyś partia błon HP5plus, która miała
czułość ISO640. W błonach Kodaka, zwłaszcza T-Maxach po
zakończeniu obróbki pozostawało różowo-fioletowe zabarwienie
podłoża, które w przypadku wykonywania powiększeń
na papierach wielogradacyjnych automatycznie powodowało
podniesienie kontrastu obrazu, gdyż działało jak filtr purpurowy
multigrade.

Czy stosuje Pan obróbkę forsowną błon?
Nie stosuję takich zabiegów, nie przynoszą one żadnych
efektów poza utratą szczegółów w cieniach i przewołanymi światłami. Naświetlam i wywołuję błony tak, aby dobrze
kopiowały się na papier o kontrastowości normalnej. Wtedy
zmiany filtracji przy powiększaniu dają subtelne zmiany kontrastowości
odbitki. Jeżeli film jest wywołany kontrastowo, to
niemożliwa jest delikatna kontrola kontrastu na odbitce.

Czy stosuje Pan podczas powiększania zabiegi maskowania
i doświetlania?

Staram się tego unikać, moje negatyw nie wymagają tego
typu zabiegów i zwykle naświetlam odbitki „wprost”. Moja filozofia
ciemniowa polega na tym, aby jak najszybciej z ciemni
wyjść i nie tracić czasu na zbędne manipulacje. Kombinowanie
w ciemni jest ratowaniem się z popełnionych wcześniej
błędów. Jeżeli ktoś nie sprawdził uprzednio czułości filmów
i myli się już na początku całego procesu nieprawidłowo naświetlając
błonę oraz jeżeli nie wykona testów na określenie
prawidłowego czasu wywołania, to te dwa błędy nie koniecznie
mogą się zniwelować lecz mogą się zsumować i to prowadzi
potem do jakiejś szalonej walki w ciemni. Według mnie jest
to zwyczajna strata czasu. Filmu niedoświetlonego nie da się
uratować – jak w cieniach nie zarejestrują się żadne szczegóły,
to nic na to nie poradzimy. Film prześwietlony ma natomiast
niski kontrast w światłach. Płaskich świateł nie da się niczym
ożywić. Stosowanie twardszych gradacji papieru zwiększa bowiem
jedynie kontrast w cieniach obrazu. Stosowanie zasady
„jak nie wiesz jak naświetlać, to lepiej błonę prześwietlić” jest
błędnym myśleniem.

Podsumowując pańskie rozważania – możemy powiedzieć, że
zawsze należy wykonywać testy świeżo zakupionej partii błon.

Współpracuję z różnymi fotografami, dla których wykonuję
odbitki, lecz warunkiem współpracy jest przeprowadzenie
przeze mnie wstępnych testów zakupionych uprzednio błon.
Mimo największych starań producentów poszczególne partie
materiałów światłoczułych zawsze różnią się pomiędzy sobą.

Jak bardzo spada czułość błon z upływem czasu?
W ciągu kilku lat czułość może spaść nawet czterokrotnie.
Zwykle spadki te są większe w przypadku błon wysokoczułych.

Jakich rad udzieliłby Pan początkującym fotoamatorom?
Czy eksperymentować z rożnymi błonami i wywoływaczami
w celu poszukiwania optymalnego rozwiązania? Czy od razu
wybrać jedną błonę i wywoływacz, wykonać testy i skupić się
przede wszystkim na fotografowaniu?

Zdecydowanie polecam to drugie rozwiązanie. Na początek
warto zacząć pracę z dobrymi i drogimi błonami. Materiały
niskobudżetowe zwykle są niskiej jakości – często nie posiadają
czułości, która jest podana na pudełku, mają duży rozrzut
parametrów. Jeżeli ktoś wykona testy dla partii materiałów
o określonym numerze emulsji, a potem przy zakupie kolejnej
partii o innym numerze emulsji zaniecha wykonania kolejnych
testów, to może go spotkać przykra niespodzianka. Ryzyko wystąpienia
takich niespodzianek przy produktach dobrych firm
jest znacznie mniejsze.



Osobiście polecam na początek wybór
materiałów Ilforda. Poszczególne partie materiałów różnią się
bardzo nieznacznie pod względem światłoczułości. Różnice
w czasie wywoływania również są znikome. Oczywiści błony
te są droższe, ale w przeliczeniu na klatkę filmu różnice są
groszowe.
Polecam wybór jednego wywoływacza. Od wielu lat wykorzystuję
ID-11 (czyli ilfordowska wersja D-76) – daje on neutralną
charakterystykę wywołanego filmu i nie podwyższa, ani
nie obniża czułości błony oraz jest drobnoziarnisty. Można go
używać w rozcieńczeniu, czyli w kąpielach jednorazowych. Dobrze
się przechowuje. Nie jestem zwolennikiem wywoływaczy
sprzedawanych w formie koncentratów płynnych.



Osobiście nie lubię Rodinalu, który nie wyzyskuje nominalnej
światłoczułości filmu i obniża kontrast w światłach. Łatwo
pomylić się podczas jego rozcieńczania. W przypadku rozcieńczenia
wywoływacza ID-11 w stosunku 1:1 pomyłka o 1 ml jest
pomijanie mała. W przypadku Rodinalu przy rozcieńczeniu 1:40
lub 1:100 ewentualna pomyłka o 1ml może być brzemienna
w skutkach. Zwykle fotoamatorzy nie stosują precyzyjnych pipet
chemicznych tylko menzurki, w których błąd pomiaru może być
znaczny. Nie prawdą jest również to, że Rodinal się nie starzeje.
Jeżeli koncentrat zmienia kolor, tzn, że się utlenia, a przez to
zmienia swoje właściwości. Polecam wywoływacze proszkowe,
które lepiej znoszą przechowywanie.

Co Pan myśli o błonach typu Rollei R3, które można naświetlać
w zakresie ISO 25-3200 i uzyskać za każdym razem dobre
efekty obrabiając je w dedykowanych wywoływaczach, modyfikując
czas wywoływania?




Wydaje mi się, że należy to traktować raczej jako chwyt marketingowy
podobnie jak w przypadku błon Kodak T-max 3200
i Ilford Delta 3200, których czułość nominalna wynosi tylko ISO
1000 i bez problemu można ją uzyskać w każdym wywoływaczu.
Uzyskanie czułości ISO 3200 jest już efektem forsowania błony.

Wielu początkujących fotografów szuka informacji na temat
obróbki błon na forach internetowych zamiast sięgnąć do fachowej
literatury.

W czasach, gdy ja i moi koledzy zaczynaliśmy fotografować,
nikt nie przystępował do pracy zanim nie przeczytał jakiejś
książki na ten temat, aby w pełni przyswoić sobie teoretyczne
podstawy na ten temat. W tej chwili większość osób bierze się
za fotografowanie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

I szukają informacji na tych forach ?
Tak, ale co gorsza szukają oni ratunku po fakcie, gdy wcześniej
popełnią już wiele błędów. Literatura fachowa jest nadal
dostępna, można ją bez problemu kupić (w antykwariatach i na
aukcjach internetowych). Przeprowadzenie prostych testów we
własnym zakresie nie jest niczym skomplikowanym. Wystarczy
zrobić kilka zdjęć próbnych przez okno w domu przy różnych
parametrach ekspozycji (niedoświetlenie, naświetlenie prawidłowe
i prześwietlenie – ciąg kilku klatek z odstępem co pół
stopnia EV), które należy zanotować, a po wywołaniu wybrać tę
klatkę negatywu, która jest najlepsza i odczytać wyniki. W ten
sposób można sprawdzić czy błona „trzyma” czułość lub jaka
jest jej przybliżona rzeczywista wartość.
Niestety większość ludzi chce mieć teraz wszystko szybko
nie wkładając w to żadnej pracy. Fotografia cyfrowa bardzo to
ułatwia i jednocześnie demoralizuje. Technologia analogowa nie
wybacza żadnych błędów. Tu trzeba się uczyć, niekoniecznie na
własnych błędach i wyciągać z tej nauki wnioski.



Na jakie zabiegi należy zwrócić uwagę, aby otrzymać odbitkę
archiwalnej jakości?

Przede wszystkim należy zachować czystość.

Czyli pracę w ciemni zaczynamy od mycia kuwet?
Nie, pracę w ciemni kończymy myciem kuwet po to, abyśmy
następnym razem mogli wlać świeże roztwory do czystych. Nie
należy zostawiać chemii w kuwetach na noc, na drugi dzień.
Roztwory trzeba zlać do butelek, a kuwety umyć i wytrzeć do
sucha.

Drugim czynnikiem jest kontrola zużycia chemii, zwłaszcza
utrwalacza. Po utrwaleniu każdej odbitki stawiam na kartce
kreskę. Po zakończeniu sesji w ciemni zliczam ilość odbitek
i sprawdzam czy ich ilość nie przekroczyła wydajności utrwalacza,
do czego nie należy dopuszczać. Taki zużyty utrwalacz trzeba
po prostu wylać. Wydajność można wyliczyć na podstawie
danych producenta i dla bezpieczeństwa wynik podzielić przez
dwa. Metoda ta gwarantuje uzyskanie dobrych wyników.
Najprostszym testem na sprawdzenie czasu utrwalania jest
włożenie naświetlonego papieru światłoczułego do utrwalacza
na określony czas, po czym należy go włożyć do wywoływacza
Jeżeli papier się zaczerni, to znaczy, że był niewystarczająco
utrwalony. Określony w teście czas wystarczający do utrwalenia
odbitki należy podwoić.
Ja stosuję utrwalanie dwukąpielowe. W dwóch kuwetach
mam identyczny rozwór utrwalacza. W pierwszej kuwecie
utrwalacz zużywa się szybciej, a w drugiej wolniej. Jeżeli roztwór
z pierwszej kuwety zużyje się, należy go wylać, a drugą kuwetę
postawić na miejscu pierwszej. Do pustej kuwety wlewamy
świeży utrwalacz i wykorzystujemy go jako drugą kąpiel itd.

Czy można kupować w sklepach fotograficznych chemikalia
przeterminowane, które są zwykle tańsze?

Można, ale należy zachować ostrożność i sprawdzić czy nie
zmieniły one (proszki lub koncentraty płynne) koloru. Zwykle
stare substancje ciemnieją, co świadczy o tym, że się utleniają
i nie nadają do użycia.
W przypadku stosowania starego wywoływacza do papierów
ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku starego wywoływacza
do filmów, gdzie konsekwencje są już nieodwracalne.

Jak prawidłowo płukać odbitki?
Istnieją roztwory do kontroli stopnia wypłukania odbitek
zawierające azotan srebra. Należy nanieść kroplę takiego roztworu
na róg papieru. Jeżeli po dwóch minutach kropla stanie
się brązowa, należy kontynuować płukanie, natomiast jeżeli
kropla pozostanie jasno żółta, oznacza to, że odbitka jest dobrze
wypłukana.
Należy również stosować środki przyspieszające płukanie
odbitek, jak Tetenal Lavaquick, Ilford Gallery Washaid lub 10%
roztwór bezwodnego siarczynu sodowego.

Czy tonowanie pomaga w zwiększeniu trwałości odbitek?
Tak, pomaga. Ja stosuję tonery nie zmieniające koloru odbitek,
a więc toner selenowy w małych rozcieńczeniach zwiększający
gęstość obrazu w czerniach oraz toner złoty (Tetenal
Goldtoner) ochładzający odcień czerni.
Bardzo dobre właściwości archiwizujące posiadają tonery
sepiowe, których ja jednak nie używam, gdyż znacząco zmieniają
barwę obrazu. Staram się wykonywać swoje odbitki w odcieniu
neutralnej lub chłodnej czerni.

Jak Pan suszy odbitki?
Od wielu lat suszę odbitki przyklejone do szyby taśmą
papierową. Ten proces trwa zwykle jedną noc.

W jaki sposób oprawia Pan gotowe odbitki?
Używam tektur archiwalnych Dealer-Rowney (spełniają
standardy archiwalne – są bezkwasowe). Istnieją też tektury
z buforem zasadowym. Nie zauważyłem jednak, aby przez wiele
lat pracy produkty Rowneya wpływały negatywnie na moje odbitki.
Czasami, gdy wykonuję odbitki na specjalne zamówienie
kolekcjonerów wkładam dodatkowo pomiędzy odbitkę a tekturę
arkusz zwykłej aluminiowej folii spożywczej.
Odbitki nie należy przyklejać do podłoża. Należy ją mocować
jedynie za rogi, aby zapewnić papierowi możliwość „oddychania”,
drobnych ruchów pod wpływem wilgotności i temperatury.
Passepartout powinno dać się usunąć bez uszkodzenia
odbitki.

Czy podczas oprawiania należy używać rękawiczek
bawełnianych?

Niekoniecznie, jednak niektórzy ludzie mają agresywny, kwaśny
pot mogący powodować pozostawianie śladów na odbitce.
Odbitki należy wykonywać z dosyć szerokim białym marginesem
aby zapobiec dotykaniu samego obrazu.

Czy można odbitkę powiesić w miejscu narażonym na światło
słoneczne?

Nie. Odbitka powinna wisieć na ścianie zwrócona tyłem do
okna, gdyż światło słoneczne zawiera dużo promieniowania
UV i o ile nie spowoduje ono uszkodzenia samego obrazu srebrowego,
to będzie powodować rozkład podłoża papierowego.
Zauważmy, że wszystkie stare odbitki mają lekko pożółkły papier
– jest to ujemny wpływ promieniowania UV i upływu czasu.
W pomieszczeniu powinna być średnia wilgotność. Zbyt wilgotne
powietrze może powodować rozwój grzybów i różnych
drobnoustrojów w żelatynie. Zbyt suche powietrze może powodować
pękanie warstwy żelatyny.

Jak przechowywać nieoprawione odbitki?
Najlepszym rozwiązaniem jest owinięcie każdej odbitki specjalną
bibułą z buforem zasadowym. Można ją zakupić w firmach
zaopatrujących firmy poligraficzne lub konserwatorów
zabytków.
Jest to najlepszy papier, ponieważ w przypadku, gdy odbitka
znalazłaby się w środowisku kwaśnym, wziąłby on na siebie zły
wpływ otoczenia. W naszym kraju istnieje firma zajmująca się
produkcją takich materiałów z przeznaczeniem dla archiwów
i muzeów.

Jakich ram używać do oprawiania zdjęć?
Nie powinny być to ramy z drewna, gdyż wydziela ono szkodliwe
dla zdjęć opary. Lepsze są ramy metalowe. W ramach aluminiowych
dostępnych w sklepach, „plecy” wykonane są z płyty
pilśniowej. Taki materiał zawiera duże ilości klejów działających
wyjątkowo szkodliwie na odbitki fotograficzne. Płytę tę należy
raczej usuwać, zastępując grubą tekturą bezkwasową.

Przypomina mi się historia z głośną wystawą zdjęć Eustachego
Kossakowskiego prezentowaną kilka lat temu w warszawskiej
Zachęcie. Pamiętam, że prezentowane tam odbitki srebrowe
częściowo wykonane przez Pana zaczęły zmieniać odcień na
fioletowo- żółty. Przyznam, że w pierwszym momencie dałem
się nabrać i zastanawiałem się w jaki sposób były one
tonowane. Obraz na wielu odbitkach zaczął nawet zanikać.
Zniszczeniu uległo wtedy ponad 200 odbitek w tym wiele
oryginałów. Co było przyczyną tej katastrofy?


Osoby przygotowujące wystawę i oprawiające odbitki postanowiły
zaoszczędzić na kosztach i położyły odbitki bezpośrednio
na płycie pilśniowej bez żadnej izolacji w postaci
tektury bezkwasowej. Degradacja obrazu nastąpiła tak szybko,
że wystawa ciesząca się ogromnym powodzeniem wśród zwiedzających
po kilku tygodniach została zamknięta. Dodatkowo
należy wspomnieć, że była ona prezentowana w górnych salach
Zachęty, które posiadają szklany sufit, przez który wpada do
wnętrza silne światło z zewnątrz. Sprawa znalazła swój finał
w sądzie.
Jednak władze galerii wyciągnęły z tego przykrego wydarzenia
wnioski i jedna z kolejnych wystaw, na której pokazywano
zdjęcia Josefa Sudka prezentowana była w jednej z dolnych
sal przy zaciemnionych oknach i stosunkowo mało intensywnym
oświetleniu wewnętrznym.

Opowiadamy o tym wydarzeniu, aby przestrzec naszych Czytelników,
jak brzemienne w skutki może być złe oprawienie
zdjęcia. Teraz pytanie, które zapomniałem zadać wcześniej
– jak należy przechowywać negatywy?

Używam koszulek pergaminowych, gwarantujących fotograficzną
trwałość. Sytuacja jest podobna jak w przypadku przechowywania
odbitek – negatywu powinny mieć one możliwość
oddychania. Koszulki propylenowe nie zapewniają jej jednak.
Gdy włożymy do plastikowej koszulki błonę, na której znajdują
się drobiny wilgoci (osiadłe np. podczas pracy w ciemni), jest
szansa, że na powierzchni błony zaczną rozwijać się grzyby.
Zwykły papier też nie jest odpowiedni do przechowywania
negatywów, gdyż może zawierać w sobie niewielkie ilości
kwasów.

Czy fotografuje Pan aparatem cyfrowym?
Tak, ale są to zdjęcia o charakterze dokumentalnym, wykonywane
podczas wernisaży, na wystawach. Niektóre zdjęcia
rodzinne wykonuję cyfrówką, czasem telefonem komórkowym,
jednak te ważniejsze chwile zawsze uwieczniam na błonie i wykonuję
potem odbitki. Nie jestem wrogiem cyfry.
Uważam jednak, że u nas w kraju ta technologia „zrobiła”
wiele złego. Ludzie chcą za wszelką cenę być nowocześni, nie
zastanawiając się nad skutkami swojego działania.
W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii wiele osób
nadal fotografuje na filmach i wykonuje tradycyjne odbitki.
W Polsce skutkuje to brakiem rynku fotograficznego. Na zachodzie
ludzie szanują dobrze wykonaną i piękną odbitkę niezależnie
od tego, co ona przedstawia. W Polsce niestety tego jeszcze
nie ma. Zaczyna się to jednak bardzo powoli zmieniać.

Z Jerzym Łapińskim rozmawiał Robert Urbański
(Foto)



Jerzy Łapiński
Członek Związku Polskich Artystów Fotografików, Związku
Polskich Fotografików Przyrody.
Urodził się w 1954 roku w Warszawie. Fotografią zajmuje
się od szkoły średniej. W 1979 ukończył Instytut Poligrafii
Politechniki Warszawskiej. Od 1979 jest członkiem
Związku Polskich Artystów Fotografików. Od 1979 do 1982
roku uczył fotografii na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk
Pięknych w Warszawie. Od 1977 roku prezentował swoje
prace na 24 wystawach indywidualnych w Polsce i Niemczech
oraz brał udział w licznych wystawach zbiorowych
w Polsce, Czechosłowacji i Niemczech. Prowadził wykłady
z fotografii w Łódzkiej Szkole Filmowej i na Wydziale
Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Jego fotografie znajdują się w licznych zbiorach i kolekcjach
prywatnych w Polsce, Czechosłowacji, Niemczech,
Szwecji i USA. Od 2000 jest członkiem Związku Polskich
Fotografów Przyrody. Specjalizuje się w fotografii czarno-
-białej – krajobrazach i „miastobrazach”. Oprócz czynnego
uprawiania fotografii zajmuje się robieniem powiększeń
kolekcjonerskich dla innych fotografów i jest rzeczoznawcą
i biegłym sądowym w zakresie fotografii. Jest stypendystą
Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
 

Penteusz  Dołączył: 28 Mar 2012
Podziękowania za ten wątek. Robię teraz głównie analogiem, tak też przeczytałem z zainteresowaniem.
 
M.W  Dołączył: 20 Sie 2008
Cytat